Rusel Viper

Metal… dużo metalu… się grało w Lubartowie w latach 90-tych. Bez problemu odnajdziecie metalowe kapele na blogu, a i w poniższym tekście padną nazwy kilku z nich. Padną, bo członkowie RUSEL VIPER uprawiali to poletko dosyć intensywnie. Przyznać jednak trzeba, że każdy taki twór miał swój styl i nie było dwóch tak samo brzmiących. Wejdźmy powoli w klimat i sprawdźmy skąd ten RUSEL VIPER się wziął i czy w ogóle wiadomo kiedy. Jeżeli, Drogi Czytelniku, znalazłeś się w tym wpisie zanim poznałeś historię Masturbation i Domination, to warto poczytać najpierw o tych kapelach. Niniejszy tekst to tak jakby 3, ostatni rozdział większej całości. Z wcześniejszych tekstów dowiesz się jak to się wszystko zaczęło. Tutaj rozpocznę od tego, że RV to końcówka lat 90-tych.

RUSEL VIPER przekształciło się z Domination. Przypomnę szybko skład: Remi Dubaj na gitarze, Maciek Klasiński na wokalu, Kuba Olszewski na perkusji. Na pozycję basisty wskoczył Tomek Pielecki: “U mnie to całe granie się zaczęło tak, że Kuba mnie ściągnął do tego środowiska i do dwóch zespołów. Znaliśmy się od dziecka. Ja chciałem założyć swój zespół, bo wszyscy naokoło grali, no i zaczepiłem Kubę kiedyś czy nie chciałby ze mną pograć, a on na to: skoro grasz na harmonii to będziesz u nas grał na basie. 🙂 I tak dołączyłem do Perceptions i RUSEL VIPER. Jak ja przyszedłem do RUSEL VIPER to Edek dał mi błogosławieństwo: bracie masz mnie dobrze zastępować. 🙂

Od razu padają nazwy innych metalowych band z Lubartowa. Muszą padać, bo grali w nich ci sami ludzie, tylko konfiguracje się zmieniały. 🙂 Spróbujmy po raz kolejny wymienić tę siatkę kapel, w których grali dzisiejsi bohaterowie. Dla przypomnienia i uporządkowania: Remi zaczynał na gitarze w Masturbation, potem było Domination, a jeszcze później grał na basie w Profundis i całkiem niedawno w Heruce. Maciek, oprócz kapel z Remim śpiewał w Perceptions i miał kilka innych epizodów, np. w Necrosis Of Brain. A potem dołączył do lubelskich zespołów. Kuba Olszewski był rozrywanym pałkerem: punkowe Konfederacja, Ubiór Roboczy, a metalowe Perceptions. Tomek także zaliczył różne składy i gatunki muzyczne: Perceptions, Nazwa Zastrzeżona, Off Side. Doświadczenie robi wrażenie, a podejrzewam, że to jeszcze nie wszystko, bo nie sposób wszystkich projektów spamiętać. Wszystkie one jednak były ze sobą powiązane o czym wspomina Maciek: “Wtedy zespół – poza pasją, która nas wszystkich łączyła – montowało się również z powodów czysto towarzyskich. Lubartów to małe miasteczko, wszyscy się kumplowaliśmy, a zasób muzyków był ograniczony. Siłą rzeczy w jednym towarzystwie jeden perkusista czy basista grał w 3 różnych zespołach, to było na swój sposób piękne, spontaniczne i naturalne. Czasami z tego wychodziły naprawdę fajne rzeczy.” Remi: “Najmniej zawsze było metalowych basistów. 🙂 “ Kuba: “Tak było, że jak się z kimś lubiłeś to mówiłeś stary weź zacznij na czymś grać to pogramy razem. To nie było tak, że jedna kapela się skończyła, a druga zaczęła. Mieszaliśmy składy. Wszyscy się dalej znali i kumplowali. Nie było konfliktów. Podsumowując – RV powstał z chęci grania czegoś innego niż to co robiliśmy do tej pory. Ideowo nie mieliśmy za bardzo wiele do przekazania. Chodziło o czystą muzykę.”

Czytelników bloga chyba nie zdziwi, że próby odbywały się w Piwnicy pod Biblioteką. Nie będę po raz kolejny przytaczał jej historii. Jeśli tego jeszcze nie zrobiliście to poklikajcie w linki do różnych kapel wymienionych wyżej. Znajdziecie sporo informacji o tej pamiętnej sali prób. W tym wpisie skupmy się na schyłku Piwnicy. Maciek o końcówce tej sali opowiada tak: “Po zmianie gospodarza w LOKu pojawiła się selekcja kapel, my się nie wpisywaliśmy w klucz doboru zespołów. Wydaje się, że ograniczona została wtedy wolność tworzenia. Bez wątpienia wcześniej to działało właściwie, nikt nawet nie próbował ingerować w to co my gramy, było naturalnie i prawdziwie. Mimo zupełnej samowoli nic się tam złego nie działo, a przecież tylu ludzi się przewinęło.” W Piwnicy któregoś dnia Zbyszek Skrzypek zorganizował coś w rodzaju sesji fotograficznej dla zespołów. Z tego właśnie dnia zachowały się jedyne 2 zdjęcia RUSEL VIPER. Tomek: “Mamy tylko to zdjęcie z sali prób. Pamiętam, że ktoś nawet sobie plakat zrobił z tym zdjęciem. Powiększył na xero i zawiesił na ścianie. 🙂 “ Do sali zeszły się wtedy chyba wszystkie składy na te fotki. Podobno Tomek Pielecki pożyczył do tych zdjęć kurtkę z wieszaka. Wisiało ich do wyboru sporo. 🙂 Piwnica pod Biblioteką przestała istnieć na początku XXI wieku. W latach 90-tych to była w Lubartowie mekka. W rozmowie chłopaki zaznaczyli, że trzeba tu wspomnieć jeszcze o jednym miejscu do grania, z którego wywodzących się nazw też było kilka. Corozja, czy The Fugitives chociażby. Tomek: “W zawodówce też grały zespoły. Tam był nauczyciel Mirosław Mazur, który się opiekował zespołami i sprzętem.” Kuba: “Corowcy grali tam na początku. Ekipa mniej ekstremalna. Potem dokooptowali do Piwnicy. W zawodówce mieli piece w lepszym stanie, bo zawsze naprawiali je w ramach zajęć lekcyjnych. 🙂 “

Pogadajmy chwilę o ówczesnych realiach muzykowania w naszym mieście. Działo się wtedy najwięcej w Lubartowie jeśli chodzi o koncerty. Były duże spędy jak coroczny Przegląd Kapel, czy WOŚP, ale też mniejsze w amfiteatrze, czy na ul. Cichej w sali widowiskowej. Przyjeżdżały nawet zespoły z zagranicy. Trochę tych koncertów było, ale jak wspomina Kuba: “Na koncertach to zawsze była walka z nagłośnieniem. Mirek Gołębiowski ogarniał te rzeczy, ale to jednak była walka. Jak ktoś wiedział jak inna kapela chce brzmieć to biegał do niego i podpowiadał co lepiej ustawić, czy bardziej podbić bas, czy też wokal, aby to jakoś brzmiało. Przepychanki pod mikserem były zawsze. Koncerty to na pewno klimat tamtych lat. Nagłośnienie jednak nie było za dobre, delikatnie mówiąc. Pamiętam, że na Shark Attacku w Białej Podlaskiej po raz pierwszy na koncercie słyszałem wszytko. Jak gość najpierw wrzucił mi na odsłuchy gitary to ja: ale super, naprawdę słyszę i nie trzeszczy. Później bas, wokal – są! Ja już jestem w pełni szczęśliwy, a gość mnie jeszcze pyta czy perkusję też chcę na odsłuchy. No to w ogóle jakiś kosmos dla mnie był. 🙂 Słyszałem to wszystko i byłem w pozytywnym szoku. Koleś to szybko i sprawnie nagłośnił i naprawdę inaczej się grało.” Tomek Pielecki: “Był taki koncert w Parku, na którym miał grać lubelski Convent, ale w ostatniej chwili stwierdzili, że nie zagrają, bo im nagłośnienie nie pasowało. Pamiętam moi koledzy z klasy z Lublina, chyba w 6 przyjechali na ten koncert i jak Convent nie zagrał to chcieli zwrotu pieniędzy za bilety. Wkurzyli się strasznie. 🙂 ”

Czy wreszcie zespoły Remiego doczekały się nagrań? Pod tekstem znajdziecie dwa numery z wokalem i trzy instrumentalne. Nagranie czegokolwiek wtedy też nie należało do łatwych. Kuba: “To był największy ból. Nie było kasy żeby coś nagrać w studiu. Dzisiaj wiadomo, że to jest prostsze. Jak masz kompa i oprogramowanie to możesz stworzyć naprawdę fajne rzeczy. Wtedy to było zupełnie nieosiągalne. Nawet nikt w Lubartowie o tym nie marzył. Było studio w Radiu Lublin, gdzie nagrywała Budka Suflera i inne mainstreamowe kapele. Konrad Iwan (Koniar) był dla nas takim oknem na świat profesjonalnej muzyki, więc trochę nam opowiadał jakie są realia i koszty. To był zupełny kosmos dla nas. Jak ktoś miał kasę na nagrania w studiu to już grał koncerty i działał na rynku. Te nasze nagrania z sali prób i koncertów to jest jeden płaski dźwięk, nie ma dynamiki jak się tego słucha. Nie ma pulsu, tombasu, to nie działa. Wszystko jest płaskie, ale to był szczyt naszych możliwości jeśli chodzi o możność nagrania w tamtych warunkach. Nie umiejętności grania, ale te możliwości nagrań właśnie nas ograniczały. Mieliśmy jedno popołudnie żeby wszystko zarejestrować w sali prób. System nagrań był taki jak z Perceptions, czyli pożyczony czteroślad i lecimy, praktycznie bez powtórek. Najgorzej było z perkusją. Chyba były do dyspozycji jedna lub dwie ścieżki. Później niewiele dało się z tym dźwiękiem zrobić.” Tomek: “To było równolegle z nagraniami Off Side, bo ja najpierw z nimi nagrywałem, a potem zostałem na noc i nagrywaliśmy RUSEL VIPER. Najpierw same instrumenty, a potem Maciek nagrał wokal oddzielnie. Poznański nas wtedy nagrywał.” I znowu Kuba: “Właśnie z powodu braku dema nie graliśmy za dużo koncertów. Jedynie w okolicach. Nie wypłynęliśmy na szersze wody, bo nie mieliśmy co pokazać. Mieliśmy jedynie pół dnia na zarejestrowanie czegoś nad czym pracowaliśmy bardzo długo.
Kapelom w tym zakresie pomagał Koniar, bo miał tę samą pasję i doświadczenie. Mimo, że grał zupełnie coś innego to rozumiał potrzebę tworzenia.” Maciek sytuację trafnie podsumował: “Z perspektywy czasu myślę sobie, że było to bardzo niesprawiedliwe, bo już 5 lat później sytuacja z nagrywaniem wyglądała zupełnie inaczej.” Tomek: “Tak, weszły powszechnie komputery, oprogramowanie, technika poszła szybko do przodu pod tym względem. 3, 4 lata i były zupełnie inne realia. Można było na komputery nagrywać. Chłopaki nagrywali demówki w garażu koło cmentarza.” Na koniec tematu nagrań Kuba mówi tak: “Jak już przestaliśmy grać to pamiętam, że klikałem w te pierwsze programy do nagrywania. Wave Studio czy coś takiego. Ważna była selekcja dźwięków w naszej muzyce, co można już było osiągnąć na kompach. Te niuanse w tym co graliśmy przy tamtych możliwościach nagrywania były nie do zarejestrowania. Punk nagrany w tamtych czasach brzmi lepiej, bo jest bardziej melodyjny. My próbowaliśmy techniczne smaczki wstawiać w kawałki no i nie słychać tego za bardzo. Słuchając nagrań lubartowskich kapel z lat późniejszych (po 2000 r.) słychać różnicę. To jest przepaść.

Chłopaki wspomnieli o deficycie sprzętowym w przypadku ewentualnego nagrywania. A co z instrumentami? Pamiętam, że Kuba Olszewski był charakterystycznym pałkerem i posiadał charakterystyczny instrument. Z daleka widać było jego wysoki werbel i… ramę, czyli coś w owych czasach niespotykanego. W Lubartowie wtedy na pewno istniała tylko jedna. Opowiada oczywiście właściciel instrumentu: “Miałem problem, bo wiadomo, że perkusja w metalu jest istotna. Ciułałem kasę na blachy i kupowałem od Konrada Iwana, który zaczynał dealować Mainlem. Wtedy jeszcze nieznaną marką. Uzbierałem w końcu na chinę i to był szok, radość z możliwości uzyskania tego charakterystycznego brzmienia była wielka. Uspawałem sobie także u Roberta Kopryka ramę. Ważyła chyba około 100 kg, ale była dzięki temu stabilna, a jak niektórym wiadomo, ze stabilnością perki też były problemy. Podorabiałem sobie jakieś uchwyty na talerze i tomy do tego zestawu. Sama perkusja to było połączenie Amati, Polmuza i innych jeszcze nie wiadomo jakich producentów. Generalnie zaczynało to już chodzić. Moje największe marzenie wtedy to podwójna stopa. To w ogóle był szok. Pamiętam – Iron Cobra. I tak jak kiedyś niektórzy mieli na ścianach plakaty np. Samanthy Fox lub Sabriny to ja miałem powieszony w pokoju plakat Iron Cobry. 🙂 Pojawiła się w sklepie na Krakowskim Przedmieściu w Lublinie no name’owa podwójna stopa. Wyglądała dobrze i ja po wielu wizytach w tym sklepie w końcu ją kupiłem, ale ona nie chodziła. Cały czas się coś zacinało, sprężyny pękały. To była porażka. Wyglądało, ale nie grało. Miałem okazję zagrać na porządnej podwójnej stopie to przesiadka była niesamowita. Werbel natomiast to był chyba jakaś wersja Amati, jakaś specjalna. Standardowy to był taki płaski. Ten mój był wysoki. No i china robiła robotę. Adaś Kowalski kupił ode mnie tę perkusję, którą stworzyłem i na niej grał. Poklepaliśmy sporo razem swego czasu. Adam się wkręcił zdrowo i potem bardzo dużo składów obrabiał. Pamiętam, że ćwiczył na początku w piwnicy swojego bloku. Adam jest równym pałkerem, a to jest poszukiwana cecha perkusistów. Równy beat. Adasiowi trzeba przyznać, że fajnie to pociągnął dalej. Taka anegdotka jeszcze: Adaś, którego spotkałem kilka lat temu mówi do mnie: słuchaj twoja rama jest na allegro do sprzedania. On ją odsprzedał kiedyś. Nawet ja ją chciałem kupić, ale ktoś mnie uprzedził. Nie poszła więc na złom. 🙂 Morał na koniec jest taki, że dobrze się uczyć grać na złym sprzęcie, ale fajnie w końcu grać na dobrym, a u nas ten moment nie nastąpił. Zabrakło tych kilku lat, żeby to przetrzymać.” Wspomnianego Adama Kowalskiego kojarzycie z gry w El Chupacabrze, Tom Fingerze, Rote Buraken, Diamond Wheel i na pewno jeszcze się pojawi na blogu. 🙂

Remi jest miłośnikiem gitar i ma do nich jakiś dar: Kupiłem kiedyś Yamahę Pacificę od Gordona z Metaxy. Była z 1984r., oryginalna japońska, robiona ręcznie. Żałuję, że ją sprzedałem, bo była świetna. Mam takie szczęście do gitar. Przechodzę kiedyś w Anglii koło komisu, stoi gitara Dean. Przyjrzałem się i stwierdziłem, że muszę ją kupić. 250 funtów, sprzedałem za 1700 funtów bo okazało się, że to seria limitowana i robiona w USA. Szósty zmysł mam jakiś. Albo jeszcze innym razem kupiłem BC Rich Mockingbird. Napisałem maila do producenta, żeby się czegoś o niej dowiedzieć. Okazało się, że była robiona na zamówienie. Miała taki osprzęt, że standardowe takiego nie mają. Aktualnie mam najlepszą gitarę na jakieś kiedykolwiek grałem. Jackson z 89 roku. Składany w Japonii, ręcznie. Kupiłem za 230 funtów. Jest warta dużo więcej. Nie jestem lutnikiem, nie znam się. Mam takie szczęście. Kiedyś też byłem w komisie i stał amerykański Fender za 80 funtów, ale akurat nie miałem kasy. 🙂 “

Jak im się wspólnie grało? Chłopaki zdecydowanie skupili się w odpowiedziach na perkusiście. Najpierw Tomek: “Starałem się grać zawsze ciut inaczej niż gitarzyści. Coś od siebie wkładałem. Nawet pod koniec w RUSEL VIPER zaczynałem klangiem próbować grać. Grałem wtedy w 3 zespołach czy 4, ale z Kubą mi się najlepiej grało. Na prawdę. Kuba za każdym razem grał tak samo, więc do niego mi się dobrze grało. Jak zrobił numer to już nie kombinował, była ta powtarzalność.” Remi ma podobne zdanie: Kuba to stary punkowiec. Dużo ćwiczył na perkusji i miał spory wpływ na muzykę w naszym mieście. Nie bał się występować. Ja z nim uwielbiałem grać. Nawet we dwóch graliśmy. Ja z gitarką, a on rozstawiał tę wielką perkusję i graliśmy, kombinowaliśmy. Kuba nie słuchał ekstremalnego metalu, ale razem dochodziliśmy do czegoś wspólnie. To było fajne hobby do dzisiaj. Myślę, że jakbyśmy się spotkali po latach, on usiadłby za perką, ja wziąłbym gitarę, zagralibyśmy wszystko. Jesteśmy zgrani w głowach po prostu.” Maciek: “Był taki czas, że w Lubartowie Kuba na perkusji deklasował wszystkich, szkoda, że z niej zrezygnował.” Co pałker RV na to? “Dziękuję bardzo za te miłe słowa. 🙂 Generalnie podoba mi się wypowiedź pałkera Behemotha, który powiedział, że perkusista jest po to żeby pozostali ludzie w zespole byli szczęśliwi. Sekcja jest ważna. Idąc tym tropem, że przestałem słuchać muzyki, tylko partii bębnów – zacząłem słuchać dużo jazzu nowoczesnego. Byłem zapatrzony w to co ci perkusiści robią. Oglądałem te koncerty i stwierdziłem, że ja nie dojdę do takiego poziomu, więc przestałem grać. Dzisiaj patrzę na to tak, że to było złe podejście do tworzenia muzyki, nie o to chodzi do końca. Ja uwielbiałem patrzeć jak Grzesiek Siwiec (Opcja Zerowa, Nazwa Zastrzeżona) gra na perkusji i nie było to dla mnie osiągalne. Albo Grzesiek z Burundangi to dla mnie był niedościgniony perkusista. Miał świetny styl. Ja strasznie lubiłem słuchać i patrzeć jak on grał. On miał naprawdę unikalny styl. Nie widziałem podobnego perkusisty nigdzie. Przestałem patrzeć na muzykę całościowo. Jakie niesie emocje, tylko liczyła się technika. Dzisiaj się trochę uśmiecham jak o tym myślę, ale zgubiłem wtedy ten flow. Zespoły, które przyszły po nas znowu wróciły do prostszych rytmów, bo liczy się klimat. I to wyszło im na dobre. Jak się tego słucha dzisiaj to czuć, że jest tam zabawa po prostu. Powrót do zabawy z grania a nie technika. A ja stwierdziłem, że nie mogę być taki dobry, więc przestałem grać. Jak wyszedłem z próby RUSEL VIPER dwadzieścia lat temu to już nie usiadłem za bębnami i zamieniłem gary na motocykl. 🙂 Niedawno miałem okazję rok temu siąść za perkusją z synem. Na razie gra na elektronicznej, ale zobaczymy jak to się dalej rozwinie. 🙂 “

Zbliżając się do końca pogadajmy z chłopakami o klimacie tamtych lat. Kuba: “Chyba wszyscy mają takie poczucie, że to były super czasy. Ja pamiętam, że kupę czasu siedzieliśmy na próbach. Dużo się grało i wszystko kręciło się wokół muzyki. Jak spotykaliśmy się i nie graliśmy to gadaliśmy o muzyce. Taki pierwszy krąg towarzystwa to byli ludzie którzy grali. Nieważne co kto grał. Ci co grali to wszyscy się znali w Lubartowie. Na koncerty chodziliśmy jakiekolwiek. Jeżeli coś tylko się działo to szliśmy. Jak był jakiś lokalny koncert to grał kto mógł. I nie powiedziałbym, że były oddzielnie brygady metalowe, punkowe lub inne. To byli ludzie ogólnie z alternatywy. Ta cała nasza ekipa była związana z muzyką i to niezależnie od jej gatunku.” Wspomina wokalista: “Ja bym to jeszcze uzupełnił – my się przyjaźniliśmy, nie tylko jako zespół. Byliśmy jedną załogą, paczką, kumplami. Poszczególne podgrupy tworzyły własne zespoły. RUSEL VIPER to akurat te 4 wybrane osoby, ale na nasze próby przychodzili też ludzie z innych kapel, dużo więcej ludzi, inni kumple. Te nasze zespoły wtedy były bardziej towarzyskie. Realizowaliśmy wspólną pasję, wszyscy kochaliśmy muzykę. Pozwalało nam to tworzyć, grać coś własnego no i prezentować się na scenie. To był sposób na nasze ówczesne życie. Uważam, że to była ogromna wartość, możliwość wspólnego spędzania czasu w sposób kreatywny i twórczy.” I znowu pałker: “Zgadzam się, że to z perspektywy czasu miało jakąś wartość. Było to coś kreatywnego na pewno. Czysta energia, która nie była destrukcyjna. To było fajne. Na pewno każdy z nas chciałby, żeby nasze dzieciaki coś podobnego robiły, a nie grały na kompie. Tamte przyjaźnie dalej w nas są. Na pewno byłoby o czym gadać jakbyśmy się spotkali po latach. Myślę, że i na wakacje bez problemu razem pojechalibyśmy i byłoby ciekawie. Albo jak coś by się komuś złego działo to zmobilizowalibyśmy się jakoś i to jest ważne, bo myślę, że drugi raz nie doświadczymy czegoś podobnego. Z tego okresu zupełnie nie mam żadnych toksycznych wspomnień.” 

Zrobiło się sentymentalnie? Chyba tak trochę się miało zrobić. 🙂 RUSEL VIPER zakończył działalność na przełomie wieków. Chłopaki temat kończą krótko. Maciek: “Niestety nie zostawiliśmy po sobie zbyt wielu śladów. Nie mamy wielkiego dorobku, nie możemy też mówić o niewykorzystanych szansach, bo ich za dużo nie było.” Remi: “Ja pamiętam też, że w owym okresie w budynku Biblioteki był remont i na jakiś czas zawiesili próby kapel. No i w tamtym okresie jakoś się tak złożyło, że nasze drogi się rozeszły po prostu. Trochę też tak było, że muzyka RUSEL VIPER to już nie były do końca moje klimaty. Wolałem mocniejszy metal. Trochę się później zatrzymałem i przestałem grać na parę lat.” A Kuba kończy w taki sposób: “Z końcem lat 90-tych coś się w Lubartowie skończyło. Potem przenieśliśmy się do garażu gdzieś na Nowodworskiej. Kleiliśmy wytłaczanki, przystosowując garaż na salę prób, ale nie pamiętam jakie tam grały składy. Inne zespoły przeniosły się do garażu koło cmentarza. Kolejne kultowe miejsce na mapie lubartowskiego grania. Swoją drogą trzeba było go wykupić i jakąś fundację dla młodych muzyków tam założyć. 🙂 “

Drogę muzyczną każdego z członków RUSEL VIPER prześledzicie na początku tekstu i we wcześniejszych wpisach o Masturbation i Domination. Jednak na chwilę chciałem skupić się na Maćku Klasińskim i jego metamorfozie wokalnej. W swoich pierwszych zespołach Maciek śpiewał growlem. Posłuchajcie Perceptions i nagrań RV poniżej. Potem jednak zmienił kompletnie styl i w lubelskich zespołach Rising i White Crow śpiewał czysto. Maciek: “W pewnym momencie przyszła mi ochota spróbować czystego wokalu. Słuchałem wtedy dużo Iron Maiden, dużo heavy metalu. Czyste śpiewanie wymaga większych umiejętności. Jak się wcześniej tego nie próbowało to nie da się tak stanąć i zaśpiewać dobrze.” Rising i White Crow to były zespoły heavy metalowe, ale z tego co pamiętam Maciek śpiewał także m. in. w chórze gospel. Przyznacie, że robi wrażenie.

Na koniec muszą się pojawić podziękowania dla chłopaków: Remiego, Kuby, Maćka i Tomka za ich czas przede wszystkim. Było super pogadać. Tomkowi Pieleckiemu stukrotne dzięki za płytę z nagraniami i zdjęcia do tego artykułu.

Kliknijcie znaczek: żeby zobaczyć wszystkie piosenki.