„Chcielibyśmy, żeby nasza muzyka nie ograniczała się tylko do prostych szant przy ognisku, albo do wszystkim znanych standardów tego gatunku. Staramy się dodawać do niej inne elementy, żeby grało się ciekawiej, a także po to, żeby SYNDROM BECZKI nie był szufladkowany tylko jako zespół szantowy. Żeby ludzie po przesłuchaniu naszej płyty, lub przyjściu na nasz koncert, pozytywnie się zaskoczyli.” Takie przesłanie przyświecało panom z SYNDROMU BECZKI podczas naszej rozmowy. Zaprosili mnie do swojej sali prób i wszyscy jak jeden zaangażowali się w opowiadanie mi o zespole. Szczerze mówiąc ja tę myśl przewodnią kupuję i na pewno Was panowie skłonią, do tego, żeby na popularny w Lubartowie SYNDROM spojrzeć trochę inaczej. Zapraszam na rejs przez historię kapeli. Wypływamy z portu „Szanty”, a do jakiego dopłyniemy? Przekonamy się na końcu tekstu. 🙂 Rejs umilała Państwu będzie muzyka rzeczonego wyżej bandu. Wśród akapitów znajdziecie wrzucone piosenki z ostatniej (jak dotąd) płyty kapeli. Odpalajcie.
Przedstawiam Państwu zespół SYNDROM BECZKI w składzie: Andrzej Drgas (A): założyciel kapeli, tekściarz, wokalista, pomysłodawca melodii; Jerzy Lisek (J): perkusista; Mariusz Gordon Olszak (G): gitarzysta; Krzysztof Woźniak (K): basista; Tomasz Woźniak (T): gitarzysta, klawiszowiec, udziela się także na instrumentach perkusyjnych. Zespół powstał w 2011 roku i nie był typowym bandem szczeniackim, zbuntowanym, hałaśliwym. Od początku tworzyli go ludzie dorośli i nie założyli go po to, żeby kwestionować rzeczywistość. Andrzej (A): „Pomysłodawcą był Krzysiek Demucha. Jego był pomysł, a związany był z miejscem, które już nie istnieje. Nasz wspólny kolega Waldek Bielowski miał przez jakiś czas knajpę, ale niestety nagle zmarł i jego żona Mariola prowadziła ją sama. Byłem kiedyś u Krzyśka i on mówi, że w tej knajpie zbiera się od czasu do czasu trochę ludzi i nawet szanty próbują tam śpiewać, więc Krzysiek mówi do mnie: „Grasz, jeszcze te szanty?” Ja trochę tam rzeźbiłem jak to przy ogniskach. Mówię: „No coś tam gram jeszcze, brzdąkam sobie trochę.” „No to może byście zagrali. Mariolka byłaby wdzięczna.” Wtedy ja odezwałem się do Marka Demuchy (brata Krzyśka), żeby zagrał ze mną na drugiej gitarze. No i dobra. Zaczęliśmy próby. Po jakichś dwóch, czy trzech miesiącach wystąpiliśmy tam pierwszy raz. Ludzi tłum, nie mieścili się, w powietrzu siekierę można zawiesić, bo palili w środku, impreza się udała. Bardzo byliśmy z niej zadowoleni Zaczęliśmy we dwóch z Markiem. I tak się to gdzieś toczyło z rok, może lepiej.
W pewnym momencie zaczęliśmy grać w Starej Łaźni i tam też zaczęli przychodzić ludzie. Pamiętam pierwszy koncert to był, właściciele nieprzygotowani w ogóle. Nie mieli pojęcia, że dwóch pajaców na gitarach ściągnie tak dużo ludzi. A przychodzili całymi zakładami 🙂 Pamiętam, że np. przewodniczki z Kozłówki przyszły całą grupą 🙂 No i to nasze granie zaczęło gdzieś tam żreć.” Tutaj zrobimy stop na chwilę, żeby skupić się na rozszyfrowaniu ludzi z wypowiedzi Andrzeja. Zawsze staram się to robić w tekstach, bo można się przekonać jakie dziwne powiązania personalne zdarzały się w lubartowskim graniu. Krzysztof Demucha, to przedstawiciel bluesa w Lubartowie. Miał swój autorski band Krzysztof Demucha Trio, a jeszcze wcześniej udzielał się w zespole TIR i Geszeft. Miłośnik starych gitar…, ale o nim poczytacie w innym miejscu bloga. Marek Demucha, czyli pierwszy gitarzysta SYNDROMU to muzyk znany przede wszystkim z Ukrainji, ale też z Opcji Zerowej oraz Tria swojego brata Krzysztofa. Stara Łaźnia to restauracja, w której od tamtej pory, dosyć regularnie możecie trafić na koncert bohaterów tego tekstu. Ich koncerty w Łaźni to już chyba stały punkt w życiu Lubartowa.
Skoro jesteśmy przy ludziach, to trzeba wspomnieć o tych, którzy w SYNDROMIE przez te wszystkie lata grali. Było ich na prawdę bardzo dużo i sami członkowie nie byli w stanie wszystkich wymienić. Mimo, że można znaleźć w sieci wywiady z zespołem, to ciężko znaleźć wszystkie osoby, a myślę, że warto, bo dodawali oni zawsze coś od siebie. (A): „W pewnym momencie jednak Marek stwierdził, że szanty to nie jego bajka. Trochę posmutniałem, bo dobrze nam szło. Ostatecznie jednak przecież święci garnków nie lepią. Postanowiłem zebrać ekipę do dalszego grania. Zaprosiłem do zespołu Wojtka Mazurkiewicza, który długo z nami grał. Bardzo dobry gitarzysta i akordeonista. Krzyśka Żyśkę (instrumenty perkusyjne) i potem jeszcze doszedł Robert Sosnowski na bas z Lublina. Wtedy jeszcze ja coś tam ciągle rzeźbiłem na gitarze, ale jak się nie umie, to nie i już. Kiedyś przyjechał więc na próbę: Łukasz Gileta. Pracowaliśmy razem. Jak pokazał co potrafi na gitarze i posłuchał co my gramy to został na dłużej. Świetny gitarzysta, z ogromną ilością pomysłów. Jego otwory są na naszych dwóch pierwszych płytach. Nie lubił jednak występów publicznych, więc niestety zrezygnował. W pewnym momencie naszej działalności mieliśmy w składzie skrzypka, Romana Derdziuka z Lublina i szkoda, że dzisiaj nikt nie gra z nami na tym instrumencie, bo momentami by się przydał. Potem doszedł Tomek Woźniak, wtedy chyba na instrumenty perkusyjne. Grali z nami też m. in. Kazik Jarosiewicz, Waldek Dziurkowski i Janek Iwanek.”
(K): „Ja dawno temu grałem z brejdakiem Tomkiem i z Jurkiem Liskiem w zespołach eventowych. Potem miałem długą przerwę, aż Andrzej zadzwonił do mnie, czy bym nie chciał zagrać koncertu w Białymstoku, na zastępstwo. To był kwiecień 2016 roku i już 10 lat się męczę z wariatami.” 🙂 (G): „Ja natomiast pod koniec 2015 roku zobaczyłem ogłoszenie w Lubartowiaku, że zespół szuka gitarzysty. Zgłosiłem się, bo myślałem, że to kapela weselna i sobie dorobię. 🙂 Okazało się inaczej, ale też zostałem.” 🙂 (T): „Grał z nami przez jakiś czas także Marek Kurek z Kamionki. Jego utwory do tej pory znajdują się w naszym repertuarze, a sam Marek jak potrzeba to wspomaga nas czasem na koncertach. Była w końcu taka sytuacja, że potrzebowaliśmy piątego człowieka na stałe. No to odbijaliśmy się delikatnie od ścian szukając gitarzysty albo klawiszowca. Tak jak brejdak wspomniał graliśmy kiedyś w zespole eventowym i padła taka myśl, że skoro nie możemy znaleźć takich instrumentalistów to może poszukajmy perkusisty, żeby siadł na moje miejsce, bo ja grałem wtedy na instrumentach perkusyjnych. I tu pojawił się Jurek i współpracujemy już ponad 5 lat. To rozwiązało w zasadzie wszystkie problemy, bo mamy w tym momencie i klawisz jak jest potrzebny i Gordon ma wsparcie na gitarze i mamy bębny. W zasadzie w tej chwili już niczego nam nie brakuje, może oprócz czasu.” I znów pociągnijmy sznurki, od ludzi do nazw kapel, żeby jeszcze bardziej zagęścić lubartowską siatkę muzyczną. 🙂 Wojciech Mazurkiewicz i Jan Iwanek obecnie grają w zespole Ucho Od Śledzia. Kazimierz Jarosiewicz i Waldemar Dziurkowski to członkowie legendarnego Quo Vadis, o których bardzo bogaty wpis znajdziecie na blogu. Znajdziecie też wpisy o dawnych zespołach Gordona, czyli Metaxie i Nazwie Zastrzeżonej. Tomasz Woźniak udzielał się dawno temu w zespole TIR. Jerzy Lisek natomiast bębnił swego czasu w Purple Haze, a razem ze swoim synem Kamilem tworzył Whatever.
Sami widzicie, że skład SYNDROMU BECZKI to nie jest prosty temat. Starałem się jednak jakoś go sensownie poukładać. Gdyby coś się nie zgadzało, czekam na uwagi, kontakt na blogu. 🙂 Możemy spokojnie przejść do nazwy. Google podpowiada, że jest to nazwa przypadłości neurologicznej. Andrzej wyjaśnia temat inaczej: (A): „Miałem swego czasu działalność nazwaną właśnie SYNDROM BECZKI. Kiedy powstał zespół stwierdziłem, że ta nazwa nie jest zła, więc została. Kiedy ktoś mnie pyta skąd się wzięła, albo na koncertach jak przestawiam zespół to mówię krótko: SYNDROM BECZKI, bo wystarczy na nas spojrzeć, wszyscy w zespole mamy SYNDROM BECZKI, no może oprócz Jurka.” 🙂 W takim razie ja zapraszam do galerii zdjęć i do filmów na końcu wpisu. Tam zobaczycie jak panowie wyglądają. 🙂
Zespół działa prężnie. W dalszej części nie będziemy się skupiać na konkretnych składach, bo jest to dosyć zagmatwane. Grają koncerty i grają ich coraz więcej. Postanawiają zgłaszać się na konkursy, przeglądy, festiwale szantowe, który jest w Polsce całkiem sporo i dzięki którym stają się coraz bardziej rozpoznawalni w środowisku. (A): „Pierwszy koncert jako SYNDROM daliśmy w pubie Black Espresso w Lubartowie, potem zagraliśmy chyba z 30 koncertów w rok. Zaczęliśmy też wysyłać zgłoszenia. Pierwszy konkurs zagraliśmy w Tychach, a potem poleciało. Mamy tych festiwali na koncie na pewno kilkanaście: Białystok, Kielce, Mikołajki, Świnoujście, Gdańsk, Lublin oczywiście. Właściwie w całej Polsce graliśmy i wciąż wysyłamy zgłoszenia. Możemy się pochwalić występem na Shanties w Krakowie. To jest największy w Polsce i jeden z największych w Europie festiwal muzyki żeglarskiej. Zgłaszamy się przez internet, czasem wysyłamy płytę i przeważnie nie ma problemów z zakwalifikowaniem się do przeglądu.” (K): „W konkursach liczy się, żeby kapela miała swoje utwory, własne aranżacje, pomysły, bo to sygnał, że coś z kapeli będzie. Jest masa zespołów tego typu i zdarzają niestety też różne niefajne sytuacje, jak zgłoszenia coverów, albo półplaybacki na występie. Fajne jest natomiast, że po wszystkim dostajesz konkretne rady od ludzi, którzy się znają na muzyce. Staramy się wykorzystywać takie informacje zwrotne.” (G): „Na festiwalach zdarzają się ciekawe sytuacje, niekiedy różne potknięcia organizacyjne, jakieś niefajne rzeczy, ale chciałbym pozytywnie wyróżnić tu festiwal Przy Kominku w Kielcach. Tam organizacja jest na najwyższym poziomie. Już na wejściu dostaliśmy identyfikatory z rozpiską godzinową. Każdy band miał swojego opiekuna, który nas instruował co, gdzie i o której, że tędy mamy wejść, tędy zejść. Na próbie mieliśmy tyle czasu ile chcieliśmy i akustyk nie miał ostatecznego zdania. Na scenie wokół nas techniczni podłączają wszystko. Czuliśmy się po prostu zaopiekowani na profesjonalnej imprezie. Nie ma lepszego festiwalu.” Z konkursów przywożą nagrody: pierwsze, drugie, publiczności. Zdarza się także voucher na nagranie teledysku. Realizację wspominają z mieszanymi uczuciami: (T): „Wyszło jak wyszło. My oczekiwaliśmy od realizatorów, że oni nam coś zaproponują. Oni dokładnie tego samego oczekiwali od nas. Nie dogadaliśmy się wcześniej, przyjechali na ustalony termin i żeśmy się nawzajem rozbili o oczekiwania. My o ich, a oni o nasze. I takie było szycie spontaniczne nad jeziorem Firlej.” (G): „Właściwie to wina leży po obu stronach. My się do tego nie przygotowaliśmy, nie mieliśmy pomysłu, ale oni też go nie mieli.” (K): „Ale w sumie ten teledysk wcale nie wyszedł tak źle.” 🙂 Skoro jednak nie wyszedł najgorzej do sami obejrzyjcie.
W momencie kręcenia teledysku SYNDROM BECZKI ma już na koncie dwie płyty. Pierwsza „Marzenie o wielorybie” to dopiero zajawka, bo składa się z 3 piosenek autorskich i dwóch coverów. (A): „Pierwsza płyta to był spontan. Nagrywaliśmy w studiu Tzar u Czarka Sochy, bo się z nim znaliśmy. Wybór był oczywisty.” Czarek Socha to niegdysiejszy gitarzysta Tomfingera, a potem realizator nagrań m. in. Bimbeer, czy Macheezmo. Druga płyta to już porządne dziesięcio-utworowe dzieło pt. „Kubek”. Nagrana także u Czarka. Na tych dwóch wydawnictwach SYNDROM brzmi ciągle jeszcze bardziej tradycyjnie. Mamy akustyczne gitary, przeszkadzajki, banjo. Obu tych płyt posłuchacie na końcu w playlistach youtube.
Dobijamy w rejsie do przerwy, ponieważ zdarzyła się ona także w historii zespołu. W pewnym momencie w składzie nie ma już Andrzeja, a trochę później zespół zawiesza działalność. Na szczęście nie na długo (A): „Ja przez rok mniej więcej nie byłem w zespole, ale zatęskniłem i zapytałem chłopaków, czy pogramy jeszcze.” (T): „Spotkaliśmy się na Dniach Lubartowa i poszliśmy do Bramy pogadać.” (A): „Wtedy już jednak nie było ochoty na to, żeby grać ogniskowo na rozstrojonej gitarze i klepać w ten sam bębenek, tak samo jak wcześniej. Każdemu już coś innego gra w duszy.” (G): „W pewnym momencie jak tak gadaliśmy, to ja powiedziałem, że ja już nie chcę grać na pudle, chcę spróbować czegoś nowego, chcę wstawić w naszą muzykę nowe elementy. Może trochę piachu na gitarze. Wtedy założyliśmy sobie, że zostawiamy to co było i bawimy się trochę muzyką. Stąd też szerokie instrumentarium się wzięło.” (T): „I poniekąd każdy z nas coś podobnego czuł, że już nie chce nam się takiego pitu pitu stuku puku, tylko chcielibyśmy trochę zaakcentować tę swoją obecność i te swoje pomysły. No i właśnie tak się stało.” (K): „No bo tak na prawdę co jeszcze można pokazać w szantach? W zasadzie niewiele więcej. Ta muzyka powstawała dawno temu i wtedy powstawała od serducha. Teraz możemy to powielać, ale tworząc nowe utwory nie będziemy opowiadać o pracy na statku, bo to już zupełnie inna praca niż kiedyś. Mi się wydaje, że tworzymy powoli nowy nurt, taki rockowo-szantowy właśnie. Chodzi nam o to, żeby to trochę zaostrzyć. A jak się weźmie tekst taki typowo marynistyczny, jakie Andrzej pisze, i zrobi bardziej na rockowo, na ostro, to on nabiera całkiem innych kształtów, inaczej się tego po prostu słucha.”
Założenie, o którym panowie wspominają wyżej jest całkiem ambitne, więc trzeba się było wziąć do ostrej roboty. Żeby jednak tworzyć muzykę to trzeba mieć miejsce na próby. Obecnie SYNDROM próbuje w budynku starej mleczarni w byłym Magazynie Sera… albo Jogurtu… 🙂 nieważne. Ważne, że salka jest porządna. O sprzęcie nie będę się rozpisywał, bo to zespół z innych czasów. Mamy XXI wiek i już nikt nie musi strugać sobie gitar. 🙂 O wszystkich salkach syndromowych jednak wspomnimy. Zacznijmy od obecnej. (T): „Ta salka pojawiła się w sumie w ostatniej chwili, bo wyprowadzaliśmy się z poprzedniej. Przypadkowo spotkany znajomy polecił nam skontaktować się z zarządcą mleczarni i jeszcze tego samego dnia oglądaliśmy pomieszczenie. Bardzo nam przypasowało, bo nie ma ścian zewnętrznych, ani okien, więc jest cieplej i ciszej.” (A) „Generalnie jest tu stała temperatura niezależnie od pory roku. Bardzo dużą zaletą jest to, że mamy tu wolność. Spotykamy się kiedy chcemy i na ile chcemy. Możemy zrobić posiadówkę, czy Śledzika jeśli nas najdzie ochota.” 🙂 (K): „Poprzednia nasza salka była w Sanepidzie. Wspomina się ją bardzo fajnie, ale zimą było zimno. Pamiętam, że nagrywaliśmy tam kiedyś jakieś utwory do 3 w nocy w kurtkach i kapturach.” 🙂 (T): „Sanepid znaleźliśmy z ogłoszenia. Córka naszego Krzyśka znalazła ogłoszenie w internecie, że chłopaki szukają kapeli do salki, żeby kosztami się podzielić. Znaleźli dla nas miejsce w grafiku, ale z czasem zrobiło się gęsto w terminarzu salki, no i było tam też ciasno.” (A): „A przed Sanepidem jeszcze próbowaliśmy u Wojtka Mazurkiewicza na działce i tam graliśmy dosyć długo. Na początku, bardzo krótko graliśmy też u Tomka Nagietowicza.” To ja tylko z kronikarskiego obowiązku wspomnę, że w Sanepidzie próbowali chociażby MEM i Samaya.
Jest bardzo fajne miejsce do grania, zespołowi pomysłów nie brakuje. A jak z dyscypliną? Andrzej w jakimś wywiadzie wspomniał, że w SYNDROMIE z obecności na próbie zwalnia tylko śmierć. 🙂 Czy jest tak faktycznie? (A): „Dyscyplina w zespole jest duża. Gramy próby dwa razy w tygodniu i trzeba na nich być. Wydaje mi się, że bez względu na to, w jakim momencie był zespół, to dzięki takiemu podejściu standardy rosły i cały czas rosną. W tej chwili kiedy gramy próbę i ktoś się pomyli, albo ja zafałszuję, to reszta zaraz o tym wspomni. Nie ma miękkiej gry, bo jak mamy się klepać po dupach, to po co mamy się spotykać? Gordon kiedyś siedział pół nocy i wymyślał solówkę. Zajęło mu to tyle czasu, bo powiedział sobie, że musi być melodyjna i przede wszystkim trudna do zagrania.” Sami widzicie, ludzie ambitni i stawiający na podnoszenie jakości przez systematyczną pracę. To jest chyba droga do sukcesu, ale zmusza ona też do tego, że ludzie muszą się ze sobą dotrzeć. (A): „Zawsze jak ktoś dochodził do zespołu to musiał się dopasować, a bywało tak, że niektórzy bardzo szybko rezygnowali. To jednak zależy od człowieka, bo przecież Jurek, który jest najstarszy, się wpasował, chociaż 50 lat bębnił co innego.” (T): „To jest jak puzzle. Po prostu człowiek musi pasować, żeby się ani zespół z nim nie męczył, ani dany człowiek z zespołem.” (A): „Wszyscy myślą, że jak hasło szanty to to jest taka prosta, banalna muzyczka. My staramy się jednak dbać o jakość i szczegóły, także podczas nagrań.”
Mam nadzieję, Drogi Czytelniku, że słuchasz w tej chwili muzyki SYNDROMU BECZKI. Na pewno zauważyłeś, że sporo tam się dzieje w kwestii instrumentów. Gdyby jednak komuś umknęło to chwilę się nad tym zatrzymamy. Obecnie w składzie jest klasycznie, rockowo: wokal, perkusja, bas, dwie gitary, czasem jedna naprzemiennie z klawiszem i harmonijka. W starszych kawałkach słychać m. in. konga, shakery, grzechotki, skrzypce, pojawiło się banjo i akordeon. Co jeszcze? (G): „Na przykład gwizdek irlandzki. Nie grałem oczywiście na nim wcześniej. Gwizdałem sobie któregoś razu i coś tam wygwizdałem. Okazało się, że nadaje się do numeru i tyle. Fajna sprawa, odrywasz się od 6 strun i musisz zagrać na czymś nowym. Nawet sam siebie wtedy nie oceniasz, bo wiesz, że jesteś początkujący. Jeśli chodzi o np. banjo to wspominam raczej źle. Było toporne, 6 strunowe, bluegrassowe. Dobrze, że z niego zrezygnowaliśmy, bo się męczyłem okrutnie. Chociaż kiedyś na koncercie sobie wisiało na stojaku i jakaś kobieta z publiczności się domagała, żebym na nim grał.” 🙂 (T): „Kiedy po reaktywacji graliśmy we 4, to musieliśmy się ograniczać. Grałem na perkusji, ale Gordon nie miał gitary rytmicznej, która kładzie akordy. Na szczęście Jurek z nami teraz gra, więc ja gram na gitarze i przeskakuję na klawisze kiedy trzeba. A jak się trafia duży koncert, taki jak na 12 lecie zespołu, to wspomaga nas Marek Kurek na klawiszu i ja wtedy gram na gitarze.” (A): „Najdziwniejszym instrumentem, jaki wykorzystaliśmy przy nagrywaniu płyty, to był pomysł Czarka Sochy: przesiewacz do mąki. W kawałku Kubek fajnie sobie szumi.” 🙂 (T): „W Pastorałce jeszcze były dzwony, ale zagraliśmy je na padzie perkusyjnym z próbkami dźwięków. Instrumenty dobieramy zależnie od utworu. Jak coś pasuje, a nie graliśmy na tym wcześniej, to się uczymy.” Nawet w przypadku instrumentów w SYNDROMIE BECZKI nie ma kompromisów. Jak widać próby i praca dają efekty.
Możemy się o tym przekonać „nausznie”, ale pogadajmy z zespołem o tym w jaki sposób tworzą. Wiadomo, że teksty prawie w całości pisze Andrzej. Jak z muzyką? (A): „Najczęściej przynoszę na próbę tekst, który śpiewam na tzw. rybkę. Potem każdy dokłada muzycznie coś od siebie i ta moja rybka już wygląda finalnie zupełnie inaczej.” (K): „Każdy dodaje coś od siebie na tyle na ile umie. Tak jak już wspomnieliśmy staramy się mieszać w naszej muzyce. Wydaje mi się, że na płycie Tuzinek doszliśmy już do takiego punktu, że oprócz szant słychać też i bluesa i rocka i country i folk i mamy nawet czardasza. Gordon stara się zawsze dać do pieca na swojej gitarze, Tomek zawsze swoje 3 grosze dokłada.” (T): „Mamy taki utwór Szept Białych Żagli na płycie Kubek. Dla mnie jak nagraliśmy ten kawałek wtedy stało się jasne, że kapela zmienia kurs, że będziemy odchodzili od takiego typowego szantowego grania, tylko pójdziemy trochę ostrzej. Pojawił się w tej piosence taki klarowny beat. Pojawiło się trochę piachu na gitarze, trochę takiej ostrości, takiego pazurka i na dobrą sprawę od tamtej pory nie napisaliśmy takiego utworu, który by wracał do pierwszej, czy do drugiej płyty. Już poszliśmy tym nurtem i moim zdaniem jest on bardziej wyrazisty, bardziej oddaje nas. My się lepiej w tym czujemy grając w ten sposób.” Kiedy porównamy utwory z Kubka do kawałków z płyty Tuzinek to różnica jaką przeszedł zespół jest ogromna. Od akustycznych utworów do przesterowanych gitar i różnorodnych styli muzycznych. Weźmy np. piosenkę Uciekinier. Jest to najjaskrawszy przykład jak panowie bawią się muzyką. (G): „To pierwotnie miała być ballada. Andrzej z takim zamysłem przyniósł pierwszą wersję.” A w co przekształcili tę balladę? Numer ostatecznie bardziej przypomina nagrania w stylu folk irlandzkiego punka niż stary SYNDROM. Oczywiście jest to porównanie trochę na wyrost, ale nie aż tak bardzo. W Uciekinierze mamy przesterowane gitary, punkowy rytm i chóralne refreny. Brakuje tylko dźwięku dud i byłby pełnoprawny folk punkowy kawałek jak z podręcznika. Piszę to całkiem serio. Dla mnie przemiana zespołu jest kolosalna, a chyba jeszcze się w pełni nie dokonała, bo panowie mają wyraźny głód tworzenia i jak sami mówią, nie brakuje im pomysłów. Uciekiniera macie poniżej.
Sporo już napisałem o Tuzinku: jak dotąd najnowszej płycie SYNDROMU BECZKI (jak pojawi się kolejna to zaktualizuję tekst). Czemu Tuzinek? (A): „Chcieliśmy wydać nową płytę na 10 rocznicę zespołu, ale pandemia nam przeszkodziła. Udało się ją wydać na 12 rocznicę i dlatego mały tuzin, czyli Tuzinek.” Album składający się z 10 kawałków nagrali w Bajm Studio u Adama Dratha. Spędzili tam ponad 100 godzin (znów się kłania ciężka praca). Nagrania i wydanie płyty nie mogłoby być możliwe w takiej jakości gdyby nie pomoc Miasta Lubartów. (T): „Kilka lat temu nasze utwory znalazły się na takiej płycie, którą miasto wypuściło jako gadżet do promocji miasta. Zamiast smyczy, albo długopisów. Wtedy padł luźny pomysł żebyśmy w przyszłości jeszcze coś z miastem zrobili.” (A): „Ja po jakimś czasie poszedłem do burmistrza Krzysztofa Paśnika i zaproponowałem, czy Miasto Lubartów nie wspomogłoby nas w wydaniu płyty. Burmistrz był zainteresowany i się dogadaliśmy. Jest to nasz wspólny pomysł na promocję miasta.” (K): „Lubartów za bardzo nie ma czegoś co mogłoby się z miastem od razu kojarzyć. Dlatego ten pomysł powstał, żeby coś takiego znaleźć, żeby była tym nasza muzyka. Jeździmy po całej Polsce i zawsze na koncertach podkreślamy, że jesteśmy z Lubartowa. Miasto natomiast naszą płytę rozdaje gościom. Jest ona też w punkcie informacji turystycznej.”
A jak się nagrywało w studiu? Był stresik? (G): „Dla mnie to jest stres, bo zawsze się staram nagrać jak najlepiej, żeby to po prostu brzmiało fajnie, bo nagrania już zostaną na lata. Natomiast Adam bardzo nam pomagał. Podpowiadał jaki wzmacniacz, jaka gitara, w basie struny coś tam poprawiał. A przecież nie musiał.” (T): „SYNDROM BECZKI póki co nagrywał w dwóch studiach. Na szczęście trafiliśmy na super ludzi, bo zarówno Czarek Socha, jak i Adam Drath umieją to nasze napięcie rozładować.” (K): „Ja myślę, że dla Adama to też był trochę stres, bo musiał nagrać i zrealizować całą płytę, chociaż sam przyznał, że nasza muzyka to nie do końca jego bajka. Jednak w czasie nagrań wydaje mi się, że pozytywnie się zaskoczył kiedy usłyszał Gordona solówki, albo niektóre nasze aranżacje.” (A): „Powiem tak: stres na pewno był, ale przede wszystkim staraliśmy się zawsze być na nagraniach wszyscy razem. Żeby wspierać tego, który akurat miał nagrywać swoje partie. Dosłownie kilka razy się zdarzyło, że pojechałem sam do studia, ale generalnie staraliśmy się być na nagraniach, wspierać się i angażować potem w poprawki i ostateczny kształt. Myślę też, że do nagrania dosyć dobrze się przygotowaliśmy, bo to było kupę prób. Generalnie uważam, chyba każdy z nas uważa, że ta płyta jest naprawdę fajna, ma potencjał i… pasuje do jazdy samochodem. 🙂 Ta płyta jest przede wszystkim dojrzała. Te pierwsze nagrania to były takie próby, takie granie bardziej tradycyjne. Tuzinek jest natomiast takim nurtem, który gramy obecnie i będziemy próbować jeszcze trochę z nim płynąć. Oprócz tego jest płytą dojrzałą. Sam się łapię na tym, że ja to napisałem (?), myśmy to stworzyli? Tak jakbym kogoś innego słuchał.” Tuzinek miał oficjalną premierę na koncercie w Lubartowskim Ośrodku Kultury z okazji 12 lecia SYNDROMU w listopadzie 2023 roku. Jako gwiazdę panowie zaprosili zespół wokalny North Cape. Koncert był z pompą, bo jubilaci z tej okazji zagrali w rozszerzonym, 7 osobowym składzie… i był nawet tort. 🙂
SYNDROM BECZKI lubi grać koncerty. Występują na prawdę dużo i gdziekolwiek mogą. Zespół jest w stanie zagrać autorski koncert złożony tylko z własnego repertuaru, ale także może dać koncert 2, a nawet 3 godziny dokładając do swoich numerów, covery i popularne standardy szantowe. Mało tego, wyrobili sobie już taką markę, że mają stałe miejsca, w których grają regularnie. U nas jest to Stara Łaźnia, ale SYNDROM co roku wraca także do Tawerny Rozbitek w Wilkasach, koło Giżycka na Mazurach. Panowie już mają w kalendarzach termin lipcowego koncertu w tym miejscu i to będzie już 5 raz, kiedy tam zagrają. Przychodzi na ich koncert wyrobiona publiczność, a kapela serwuje im kilka godzin muzyki. Właściciele Rozbitka podobno zaraz po występie wysyłają maila z zaproszeniem na kolejny rok. Z ciekawszych miejsc, gdzie SYNDROM występował wymienić trzeba koncert dla Radia Rzeszów. Rejestrowany i nadawany przez tę rozgłośnię. No i oczywiście koncert na pełnym morzu, który odbył się w lipcu 2024 na pokładzie katamaranu wycieczkowego Jantar. (T): „Nagrał nam ten koncert nasz przyjaciel Ludwik Rusznica. Wracaliśmy akurat ze Świnoujścia i po drodze w Kołobrzegu udało się zagrać koncert na statku podczas rejsu. Cała wycieczka trwała 2 godziny, ale przeżycie niesamowite.” (A): „Jak schodziliśmy już z pokładu to poszła fama, że muzyka na żywo jest na Jantarze i ludzie chcieli kupić bilety na kolejny rejs z nami, ale musieliśmy niestety wracać do domu.” Wspomnienia rewelacyjne, no i przede wszystkim zespół sprawdził się na wodzie. 🙂
Zapytałem członków kapeli o to jak organizują sobie te wyjazdy. W internecie można znaleźć informacje, że należą do agencji koncertowej. Czy mają więc menagera? Niewiele lubartowskich kapel może się pochwalić doświadczeniem w tym temacie. (T): „Obecnie nie mamy menagera, ale chętnie byśmy kogoś takiego spotkali. W naszej historii można powiedzieć, że mieliśmy 3 próby współpracy z menagerem. Po Pierwsze Fundacja Trzy Talenty Tomka Krówczyńskiego, po drugie agencja koncertowa, ale od niej nie mieliśmy żadnych propozycji koncertowych, chociaż widniejemy w ich materiałach promocyjnych. No i zajmował się nami przez chwilę Józef Kołodziej. On nam kilka koncertów załatwił. To jest człowiek już znany w środowisku muzyczno-literackim, wydaje tomiki wierszy, ma trochę znajomości i kontaktów, więc przez chwilę to działało. Niestety z czasem się rozmyło, bo jest z drugiego końca Polski, a czasem pewne sprawy lepiej załatwiać twarzą w twarz. Ciężko nam było utrzymać kontakt. Na ten moment chętnie podjęlibyśmy współpracę z kimś, kto zająłby się promocją zespołu i szukaniem koncertów.” Zapraszam do kontaktu z zespołem jeśli możecie pomóc w tej kwestii. Link do facebooka SYNDROMU znajdziecie gdzieś poniżej. Temat koncertów zakończmy na wesoło: (A): „Jechaliśmy na koncert i Jurek siedział na takim rozkładanym, dodatkowym miejscu w bagażniku auta. Jedziemy jak zwykle i dojechaliśmy do Tawerny Rozbitek. Wszyscy się pach pach z samochodu wygramolili na papierosa i napój. Siedzimy, gadamy sobie, a po jakimś czasie pochodzi do nas facet i mówi, żebyśmy z auta kolegę wypuścili, bo puka w szybkę. Zapomnieliśmy o Jurku przy wysiadaniu i nie otworzyliśmy bagażnika. 🙂 „
Skoro działalność SYNDROMU wyrosła na fundamencie muzyki żeglarskiej i wciąż mniej lub bardziej się wokół niej kręci, to wypadałoby liznąć żeglowania. I tutaj dochodzimy do fantastycznej sprawy. Panowie od kilku lat umawiają się razem i przez tydzień pływają jachtem motorowym po mazurskich jeziorach. (T): „Już kilka takich rejsów zaliczyliśmy i bardzo nam się to podoba. To takie nasze męskie wypady, same syndromy beczki. 🙂 Zaproponował nam takie wakacje Ludwik Rusznica, nasz przyjaciel i dobry duch zespołu. Grał z nami na perkusji jak Jurek miał problemy ze zdrowiem i kiedy potrzeba zawsze nas wspomoże. Okazało się, że jest żeglarzem i to z patentem. Zabrał nas kilka lat temu na wakacje na pokładzie Żurawinki i od tamtej pory co roku udaje się wyjechać na taki wypad. Przez tydzień mieszkamy na łódce, zawijamy na noc do różnych portów, muzykujemy i odpoczywamy. Któregoś razu spotkaliśmy nawet znany zespół szantowy na podobnym rejsie. To jest coś wspaniałego, bo nawet wielokrotnie rozmawialiśmy, że gramy dużo utworów o tematyce żeglarskiej, ale dopóki nie poznaliśmy pływania, to nie do końca byliśmy naturalni w tym, co robimy. Mamy teraz większą świadomość o czym śpiewamy. Planujemy już przyszłe rejsy.” (K): „Pływamy, z tym że nie po morzu. Póki co jesteśmy szuwarowo-bagienni.” 🙂 Szczerze mówiąc trochę zazdroszczę, zarówno przygody, jak i wspaniałej okazji do integracji i poprawienia atmosfery w kapeli.
Na koniec rozmowy zapytałem o jakieś ważne wydarzenia w historii SYNDROMU. Załoga skupiła się na konkursach i występach, co pokazuje, że przykładają do tego wagę, że granie na żywo ważniejsze jest niż chociażby płyty. Może to i dobrze. (A): „Dla mnie ważnym momentem był pierwszy wyjazd na konkurs w Tychach, no i nasz występ na Shanties w Krakowie. Zagraliśmy tam z czołówką, z legendami takiego grania.” (K): „Dla mnie to będzie nasza pierwsza nagroda w karierze. To było w Rawie Mazowieckiej.” (G): „A ja wspomnę jeszcze raz o Shanties, bo to była duża impreza. W dodatku dostałem tak wyróżnienie.” Najważniejszym jednak faktem jest to, że SYNDROM BECZKI wciąż istnieje, nadal gra i płynie na ciągłej fali wznoszącej.
Szanowni Państwo, powoli będziemy cumować. Na początku rejsu zapowiadałem przybicie do nieznanego portu. Czy będziemy w tym momencie określać jednoznacznie po jakich rejonach muzycznych porusza się SYNDROM BECZKI? Czy jest to jakiś mix rocka, szant i czegoś jeszcze? Czy może jednak nie zgodzicie się z tym? Myślę, że niepotrzebne jest szufladkowanie kapeli, bo ich styl cały czas ewoluuje w rejony nieznane nawet jej członkom. Przyjmijmy więc, że ten port to tylko kolejny przystanek, a z czasem będę uzupełniał tekst o kolejne, bo historia SYNDROMU wciąż się dzieje.
Wielkie dzięki dla załogi SYNDROMU BECZKI za ugoszczenie w sali prób i rozmowę. Miło było u Was posiedzieć. Na sam koniec wrzucam sporo materiałów. Jest video koncertowe i jest muzyka, no i linki do sociali. Zapraszam też do galerii zdjęć.
facebook: https://www.facebook.com/syndrombeczki
youtube: https://www.youtube.com/@syndrombeczki
instagram: https://www.instagram.com/syndrombeczki
soundcloud: https://soundcloud.com/syndrombeczki
Poniżej posłuchać możecie płyty Kubek. Kliknijcie znaczek:
żeby zobaczyć wszystkie piosenki.
A tutaj pierwsze wydawnictwo SYNDROMU BECZKI, czyli Marzenie o wielorybie. Kliknijcie znaczek:
żeby zobaczyć wszystkie piosenki.
SYNDROM często sięga także po covery. Poniżej w playliście 6 takich utworów. Wśród nich są piosenki niemieckiego zespołu Santiano. Teksty jednak nie są tłumaczeniem oryginałów. Andrzej napisał swoje. (K): „Trochę się w pewnym momencie zainspirowaliśmy tą kapelą. Ich muzyka jest ciut ostrzejsza, to nie są szanty, ale nam bardzo się spodobała.” (T): „Piosenki Santiano nagrywaliśmy u Adama Dratha, z tym, że poza sesją do płyty Tuzinek. Resztę nagrywaliśmy w naszej sali prób, w Sanepidzie. Utworów Santiano przeważnie nie gramy na żywo, chociaż dałoby się to zrobić z klawiszem.” (G): „W oryginałach są też partie skrzypiec, które ja gram na gitarze i nie wyszło to najgorzej.”
Kliknijcie znaczek:
żeby zobaczyć wszystkie piosenki.
Koncert w Radiu Rzeszów 27.01.2017r.
Dalej playlista złożona z różnych koncertów SYNDROMU. Luźno połączone nagrania z różnych lat i różnych składów zespołu. Są świeżynki i starocie, no relacja z Tawerny Rozbitek. 🙂
Kliknijcie znaczek:
żeby zobaczyć wszystkie piosenki.
Już na sam koniec jeszcze jeden przykład, że muzycy SYNDROMU mają głowy szeroko otwarte na różnego rodzaju dźwięki. Dwa utwory w klimacie Bożego Narodzenia. Na żywo ich raczej ich nie usłyszycie, bo to piosenki okolicznościowe, 🙂 są jednak ciekawe i warte odnotowania.
Kliknijcie znaczek:
żeby zobaczyć wszystkie piosenki.
