Aż tak ekstremalnych klimatów u nas nie grało zbyt wiele składów. Myślę, że na palcach jednej ręki można policzyć kapele grające death czy black metal. Oczywiście Profundis będzie na czele tej listy, do których dodam jeszcze Necrosis Of Brain i Domination. Metal był grany w Lubartowie i bez problemu znajdziecie zespoły z tego kręgu w spisie, ale tak mocnego nie było dużo. Ten tekst jest o DIVIDE ET IMPERA. Zespole zdecydowanie dla fanów black metalu i okolic. Zespole nieżyjącego już niestety Marcina Ozz!ego Ozona, który był jego pomysłodawcą, założycielem i mózgiem. Skoro z szefem nie mogłem porozmawiać, zaczepiłem perkusistę, czyli Łukasza Granathurga Granata. Obaj wymienieni znajdują się na zdjęciu wyżej, a poniżej znajdziecie opowieść o ich bandzie.
Jak to często bywało w Lubartowie wszystko zaczęło się od wspólnych znajomych i, co było ważne w przypadku DEI, byli to znajomi z różnych kręgów muzycznych. Łukasz: „Ozz!ego poznałem na którejś z imprez w kanciapie Puchego (chodzi o Andrzeja Puchacza – pałkera m. in. Freedom, czy Le Paw), w której próbował wtedy jego zespół Moonshine Motykas. Wtedy jeszcze bliżej mi było do punka niż do metalu, ale w kanciapie przewijali się różni ludzie. Pamiętam jak chłopaki z załogi przyjmowali mnie do młodej punkowej ekipy i wino musiałem się nauczyć pić. 🙂 Wtedy jeszcze było tak, że w Lubartowie różne ekipy z różnych subkultur trzymały się razem. Wszyscy się tu znali i wszyscy chodziliśmy na te same koncerty i imprezy. Marcin oczywiście był z metalowego światka, ale z nami mu się dobrze imprezowało. Któregoś razu usiadłem za perkusją Andrzeja i coś tam zacząłem postukiwać. Ozz!e się zainteresował. Jakiś czas później spotkaliśmy się na imprezie w parku (tak, wtedy jeszcze były wieczorami imprezy w parku) i stwierdził, że muszę wpaść do DEI na próbę, bo szukają perkusisty. Zawsze chciałem grać w kapeli. Brałem się za gitarę i bas. Na próbę oczywiście poszedłem zestresowany, bo wiadomo przesłuchanie. Poza tym wszyscy starsi no i już jakiś czas grali. Nie miałem też swojego instrumentu.” W momencie dojścia Łukasza DIVIDE ET IMPERA już istniało, zamknął on więc pierwszy skład: Marcin Ozz!e Ozon – wokal, Dawid Grabek Grabowski – gitara, Karol Drako Meksuła – gitara, Marek Rudy Kuśmirek – bas, Sagi grał na klawiszach, no i Łukasz Granathurg Granat – perkusja. Wspomnieć też należy przy okazji, o arcyważnej roli jaką park odgrywał w życiu młodych lubartowian na początku XXI wieku. Tam się imprezowało w weekendy i poznawało nowych ludzi i nowe smaki różnych napojów. 🙂 Nie było wtedy jeszcze tylu kamer na mieście. 😉
Pierwsza próba w pełnym składzie okazała się bardzo ważna i dla kapeli, i dla Granathurga: „Kapela miała już chyba w sumie ze 3 własne kawałki, do których trzeba było zrobić partie bębnów. Nie mieli pomysłów na rytmy, więc od razu wrzucili mnie na głęboką wodę i kazali zagrać coś samemu. Najpierw zagrali sami kawałek, pomyślałem chwilę, i zaczęliśmy razem grać „W Twoje ręce…”. Jak skończyliśmy opadły nam wszystkim kopary i od pierwszego strzału moja partia została zaakceptowana w kawałku. Z miejsca też zostałem przyjęty do zespołu. 🙂 Bardzo miło to wspominam, bo zaskoczyło między nami od razu i super się razem grało. Z tego co pamiętam to był chyba 2001 rok.” Nic tylko pozazdrościć natychmiastowej chemii w kapeli. Bez tego przecież radość z grania nie istnieje.
Skoro jesteśmy przy kwestiach personalnych zatrzymajmy się na chwilę na wokaliście, bo była to postać kluczowa dla zespołu. Łukasz: „Ozz!e był założycielem kapeli, wymyślił nazwę, pisał teksty, przekazywał wizję kawałka, do której my tworzyliśmy muzykę, organizował wszystko co dotyczyło zespołu. Załatwiał sprzęt, koncerty, wysyłał demówki, rysował logo, robił koszulki i naszywki itd. Jednym słowem był szefem DEI. Zaszczepił we mnie także miłość do metalu, która trwa do dzisiaj. Czasem był ciężki, lubił wbijać szpile tak po przyjacielsku, jednak bardzo się zaprzyjaźniliśmy i spędzaliśmy sporo czasu.” Marcin Ozz!e pamiętany jest jako totalny fan metalu, ale miał zdecydowanie szersze horyzonty. Na pewno można o nim powiedzieć, że był też osobą z mocnym charakterem i otwartą głową. Muzyką zarażał nie tylko kumpli. Obaj młodsi bracia Marcina (którzy swoją drogą podzielają jego ksywkę) siedzą w muzyce najróżniejszej. O jednym z nich, czyli raperze Łukaszu Ozzy’m przeczytacie na blogu. Jak widać Marcin był co najmniej nieprzeciętny. Niestety zmarł kilka lat temu. Projekt koszulki zespołu autorstwa Ozz!ego wrzucam w tekst poniżej.
Wróćmy do DIVIDE ET IMPERA. W końcu w pełnym składzie grają próby, a jakże, w garażu. Łukasz: „Graliśmy w garażu koło cmentarza. Po przeciwnej stronie swój garaż mieli Bimbeer i El Chupacabra. Należał do rodziców Rudego. Początkowo nie było w nim żadnego wytłumienia, nawet wytłaczanek, więc dudniło strasznie. Potem trochę się tym zajęliśmy. Pamiętam, że na początku była tam jakaś perkusja, nie wiem skąd i do kogo należała. Taki ogryzek na wpół rozwalony. Po jakimś czasie Ozz!e wyhaczył zestaw za 300zł. Taki składak: trochę Polmuza, trochę Amati. Oczywiście Amati to już był dla mnie powód do radości. Zestaw razem z blachami, więc fajna okazja. Jeśli chodzi o resztę sprzętu to pamiętam, że Drako miał jakiś wielki wzmacniacz, który bardzo fajnie gadał. Sagi musiał nosić ciągle swoje klawisze na próby, a lekkie nie były. Ja się potem dorobiłem drugiej centrali. W garażu grało się zajebiście. Oczywiście nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy czegoś nie odwalali. Robiliśmy np. takie pseudokoncerty. Otwieraliśmy drzwi do garażu, znajomi się schodzili, odpalaliśmy sprzęt, 20 osób przed garażem, otwieraliśmy napoje i graliśmy dopóki policja nie przyjechała. 🙂 Mimo, że garaż był w stronę cmentarza to niosło się. 🙂 „ O garażu, w którym grało DEI poczytacie także we spisie o zespole DIll Moon, w którym potem grał na gitarze Marek Kuśmirek.
W jaki sposób powstawały numery DIVIDE ET IMPERA? Wspomnieliśmy już, że duży wkład w ten proces miał Marcin. Wymyślał kierunek muzyki i pisał teksty. Łukasz: „Muzykę robiliśmy wspólnie. To od początku było takie pomieszanie z poplątaniem, bo Ozz!e często zmieniał pomysły na granie. Zależały one od tego, czego akurat słuchał. Początkowe numery były bardziej melodyjne. „W Twoje ręce…”, czy „Gdy wiara skłamała” są bardziej organowe. Potem był pomysł, żeby grać mocniej, nawet grindowo, więc też stworzyliśmy kawałek w tym stylu. Generalnie szukaliśmy. Teksty były pisane po polsku, a potem Marcin siedział ze słownikiem i tłumaczył na angielski. W nowszych numerach teksty były po angielsku. Braliśmy się także za kovery, chyba jak każdy.” Razem z materiałem pojawiają się pierwsze nagrania. Łukasz: „Pierwsze rzeczy nagrywaliśmy na magnetofon na próbie. Zero mikrofonów, mikserów, zero sprzętu. Po prostu odpaliliśmy nagrywanie i na kasecie nagraliśmy pierwsze „demo”. Nie nadaje się to do słuchania, więc nie ma sensu publikować.” Do nagrań wrócimy później, bo udało się chłopakom zarejestrować kilka utworów w lepszych warunkach.
Teraz jednak znowu zajmijmy się składem, bo zaczął się zmieniać. Łukasz: „Chyba dosyć szybko z zespołu odszedł Grabek, a na jego miejsce przyszedł Stasiek Sokołowski z Moonshine Motykas. Stasiek bardziej lubił grunge niż metal, ale dobrze się odnalazł ze swoją gitarą. Miał dobry sprzęt i zdecydowanie większe umiejętności od nas. Zaczęły się nawet pojawiać jego solówki w utworach. Miał otwartą głowę i chyba ciekawiej wtedy zaczęliśmy grać. Potem odszedł Rudy. Przez jakiś czas graliśmy jeszcze w jego garażu. Na basie pojawiały się w tym okresie różni ludzie. Nawet parę razy na próby przyjechał jakiś człowiek z Lublina. Pewnie znajomy Ozz!ego. W końcu jednak na bas wskoczył Wojtek Ferus Zalewski z Profundis i przenieśliśmy się z próbami do piwnic pod jego domem. Wtedy wydaje mi się, że zaczęliśmy grać bardziej blackowo. Pamiętam też, że bardzo w kapelę angażował się Drako.”
Jak każdy zespół, DIVIDE ET IMPERA koncertowali. Ale czy tylko w otwartych drzwiach garażu? Łukasz: „Koncerty zacząłem grać praktycznie z marszu. Jak dołączyłem to już był w planach koncert w Kozłówce w remizie. Pamiętam, że przybyło bardzo dużo ludzi, bo fama już jakaś o nas poszła i ludzie byli ciekawi. Mieliśmy wtedy ze 4 numery, czyli jakieś 20 minut muzyki. Potem był koncert w Kamionce. W sumie grały 3 kapele, z czego my byliśmy najmocniejsi. Chyba publiczność nie była do końca przygotowana na to co reprezentujemy. 🙂 Pamiętam też, że koncert zakończyli miejscowi skinheadzi, którzy go rozwalili. Totalny chaos, bijatyka i chowanie sprzętu w pośpiechu. Takie były czasy. Potem jednak była gruba impreza. 🙂
Nie było tego jakoś dużo, może w sumie zagraliśmy z 10 sztuk. Kilka jednak zapadło w pamięć. Ozz!e próbował nas wkręcić na jakiś koncert w lubelskim Graffiti, ale się nie udało. To byłaby duża rzecz dla kapeli. Chyba najbardziej podobał mi się koncert we Włodawie. Graliśmy w domu kultury między innymi z Profundis. Zagraliśmy wtedy na prawdę dobrze. Ozz!e wymyślił, że w jednym z numerów zrobimy długi, monotonny, transowy fragment dosłownie na 4 dźwiękach. Chodziło o to, żeby rozciągnąć go ile się da, dopóki ludzie nie zaczną wychodzić. Pod sceną stał narąbany gość, któremu się bardzo podobało. Wczuwał się, bujał, ale wreszcie nie wytrzymał i zaczął nam już pokazywać środkowe palce. W tym momencie my przywaliliśmy ostrą sieczką na finał kawałka, co go oczywiście szybko przebudziło. 🙂 Pamiętam też, że na ten koncert Profundis się sporo spóźniło, więc zagraliśmy nasz set 2 razy. 🙂 Nagłośnienie było profesjonalne, sprzęt na scenie porządny, była nawet garderoba. Czuliśmy się wtedy we Włodawie jak prawdziwi muzycy. 🙂 To był chyba nasz najlepszy występ. Z wartych wspomnienia gigów były jeszcze Literacka u nas, czy drugi raz w remizie w Kozłówce. Z transportem było różnie. Jednego razu pojechaliśmy na koncert Żukiem na pace. Właściwie wszystkie koncerty zagraliśmy w drugim składzie ze Staśkiem na gitarze i Markiem na basie.” Ciekawostka: zobaczcie ile kosztował bilet na koncert w Literackiej. 😀 Plakat powyżej.
Wspominałem, że wrócimy do nagrań i teraz jest ten moment. 🙂 DEI zarejestrowało 4 kawałki. Wszystkie znajdziecie do odsłuchu pod tekstem. Jak do tego doszło? Łukasz: „Drugie demo, już dużo lepsze nagraliśmy w sali gimnastycznej w LO na ul. Chopina. Udało się dzięki nauczycielowi plastyki Arturowi Trojanowskiemu. Pracował on także w PMDK, do którego ta stara sala gimnastyczna należała wtedy. To była sobota, rozstawiliśmy graty, mikser. Mikrofony pożyczyliśmy od Zbigniewa Skrzypka. Nagraliśmy to oczywiście na kasetę, ale brzmi to dużo lepiej i w końcu coś tam słychać.” Artur Trojanowski pomagał swego czasu kapelom w organizowaniu koncertów w PDMKu, czy też udostępniał sprzęt żeby młodzież mogła nagrać swoją muzykę. Sam także śpiewał w Tannenbaum.
Zanim zanurzycie się w tych 4 numerach, kilka słów na koniec. Kapela nie istniała długo, ale na bank nie można odmówić jej oryginalności. Czemu nie istniała dłużej: Łukasz: „Ten zespół to była wieczna impreza. Byliśmy jak Mötley Crüe, tylko w Lubartowie i w bardziej czarnych klimatach. 🙂 Nigdy nie traktowaliśmy zespołu bardzo poważnie. Musielibyśmy więcej ćwiczyć, a mniej imprezować. 🙂 Może dlatego po kilku latach zaczęło się to rozmywać, rozchodzić. Ludzie zaczęli wyjeżdżać z Lubartowa, także za granicę, bo weszliśmy do UE. Pamiętam, że był też taki pomysł na skład, żebym ja wskoczył na bas a na perkusji grał Homer, ale nic z tego nie wyszło. Jak Ozz!e wyjechał to wtedy kapela się skończyła. Jakoś coś mi świta, że było to na krótko przed 5 leciem istnienia. Byliśmy zgrają amatorów, która świetnie się bawiła grając razem. Myślę, że nie byliśmy jedyni w Lubartowie z podobnym podejściem. Coś było w tych lubartowskich kapelach, że ludzie się mieszali, imprezowali i generalnie dobrze się bawili tworząc muzykę w różnych konfiguracjach.” Czy trzeba coś więcej dodawać? Według mnie to dobry przepis na kapelę. Łukasz jeszcze wspomniał, że po wielu latach miał okazję wrócić do grania z innymi ludźmi, w innym miejscu i inną muzykę, ale to już nie było to. Wychodzi na to, że najlepsze kapele to te młode. 🙂