Zauważyliście połączenie jakie blues ma z różnymi rzekami? Właśnie przeczytałem to pytanie na głos i brzmi ono jakbym sam wymyślił sobie problem i szukał rozwiązania. 🙂 Przyjrzyjmy się jednak przez chwilę bliżej, czy aby na pewno czegoś w tym nie ma. Na początek oczywiście mamy Delta Blues, czyli blues znad rzeki Missisipi. Wikipedia mówi, że to „niemal archetypiczny rodzaj muzyki bluesowej”. Wiadomo, że od razu słyszymy w głowie stare, trzaskające, monofoniczne nagranie, czarnoskórego muzyka śpiewającego monotonny, rytmiczny, smutny utwór grając przy tym na akustycznej gitarze i wytupując tempo. Tekst jest raczej z tych niewesołych: o nieszczęśliwej miłości, biedzie, tęsknocie, o trudach codzienności, czasem nawet o jakiejś zbrodni w afekcie. 🙂 Zawsze jednak jest to tekst umiejscowiony w konkretnym miejscu, często opowiadający o prawdziwych wydarzeniach. Wracając do tezy: wiele tekstów tego gatunku ma w sobie wątki rzeczne. Chociażby piosenka zespołu Breakout pt.: „Rzeka dzieciństwa”. Już sam tytuł daje jakiś ogląd na treść utworu. Mamy tu zadumę nad przemijaniem i tęsknotę za dawnymi czasami, kiedy wszystko było prostsze. Na koniec tego pseudo-dowodu mojej tezy spójrzmy na… nazwy festiwali bluesowych: Rawa Blues Festiwal w Katowicach. Rawa to oczywiście rzeka, która przepływa przez Katowice. Dalej mamy Blues Nad Bobrem w Bolesławcu. W tym przypadku Bóbr to nie zwierzątko, a rzeka właśnie. Przypadek? Nie sądzę. 🙂 Tak naprawę zacząłem się nad tym zastanawiać dopiero podczas rozmowy z Krzyśkiem Demuchą. Wcześniej oczywiście kojarzyłem pojedyncze puzzle, ale ułożyły się w całą układankę dopiero kiedy zacząłem zastanawiać się nad Nadwieprzańskim Bluesem. 🙂 W twórczości Krzyśka odnaleźć można i brzmienia delty, i melancholię w tekstach, i klimat wskazujący na konkretne miejsca, o których opowiada. Jest jednak w niej coś, co wymyka się szufladkowaniu i wpisywaniu w jakiekolwiek kanony gatunku, ale o tym później. Wiem ponadto jedno: Nadwieprzański Blues to nazwa chwytliwa i zapadająca w pamięć. Muzyka w Lubartowie też niecodzienna, chociaż się z nim kojarząca.
Nie będę w tym miejscu przytaczał biografii Krzysztofa. Jeśli chcecie się z nią zapoznać zapraszam na jego stronę internetową www.krzysztofdemucha.com. Ta witryna to swoisty manifest idei Nadwieprzańskiego Bluesa według bohatera tego tekstu. W moim wpisie spróbujemy razem z Krzyśkiem wejść bardziej w szczegóły tego projektu oraz poopowiadamy o… starych gitarach.
Wiemy już (bo czytaliśmy biografię na wyżej wymienionej stronie 😀 ), że Krzysztof Demucha nie muzykował od wczoraj, kiedy powoływał do życia KRZYSZTOF DEMUCHA TRIO. O jego początkach przeczytacie we wpisie o zespole, czy też projekcie Geszeft. Było to granie zupełnie inne niż TRIO. Podsumowałbym je jako proto-punk. 🙂 Na ten moment jeszcze go nie wrzuciłem, ale stanie się to lada moment. Niniejszą opowieść zaczynamy w roku 2007, kiedy nasz bohater wrócił już z kilkunastoletniej emigracji i mieszka od kilku lat w Woli Sernickiej. Krzysztof: „Codziennie rano przejeżdżałem przez most na Wieprzu, najczęściej w drodze do Lubartowa, do pracy, albo z jakiegoś innego powodu, więc chyba ta energia rzeki na mnie zaczęła działać. Coś w tym Wieprzu jest. Może ja sobie to tak wymyśliłem, ale składam to na te fluidy od tej rzeki płynące. Ponadto sam widok rzeki mi się podoba. Coś mi ona ruszyła w środku i poczułem potrzebę pisania tekstów. Teksty same zaczęły mi się układać i musiałem dać im ujście. Miałem w chałupie swoją pracownię, rozpalałem w piecu, siadałem i pisałem. Potem siadałem przy kompie, przepisywałem. Czasem zapisywałem tylko fragmenty, żeby za jakiś czas przyszedł pomysł na resztę. Od razu przychodziły słowa o latach dzieciństwa, które też przecież koncentrowały się nad rzeką. Czasy tamte były fajne, sielankowe. Wtedy Wieprz przecież także płynął. Tamten świat odszedł, rzeka została, niby ta sama, chociaż inna. Był blues znad Missisipi no to mój był Nadwieprzański. No bo jaki miałby być, skoro ja jestem znad Wieprza.” Eh ten Wieprz. Jest w tym sporo racji, że chyba wszyscy lubartowianie mają wspomnienia związane z rzeką Wieprz. O rzece i jej wpływie rozmawialiśmy sobie ze Smachem i Goldonem we wpisie o Ukrainji. Opowiadają oni tam dlaczego rzeka była dla nich ważna w muzyce ich zespołu. Pojawia się tam też nazwa Nadwieprzański Blues. Krzysiek Demucha to także dobry kumpel Ukrainji, jego brat przecież grał tam na gitarze. Kółko znajomych się zamyka. Od razu zrozumiałem, że jego związek z naszą rzeką jest podobny. Krzysztof w tekstach cofnął się jednak bardziej i przemycił w nich ludowe elementy. Takie jakie nasi dziadkowie śpiewali.
Powstawały hurtowo słowa, ale Krzysiek to, jak sam mówi, bardziej gitarzysta niż poeta, więc postanawia ubrać słowa w melodie. „Nie do każdego tekstu była od razu melodia. Z muzyką było ciężej, bo dawałem radę zrobić 10 kawałków i repertuar mi się kończył, zaczynałem powtarzać te same riffy, patenty, zagrywki. Wiedziałem, że to będą bluesy, bo od razu właśnie ta stylistyka przyszła mi do głowy. Stwierdziłem, że nie chcę żeby moje granie brzmiało jak typowe odmiany bluesa, więc jest u mnie trochę ludowych zagrywek. Zacząłem to łączyć: niby amerykańska muzyka z naszą lokalną ludowością, z melodiami jakie pamiętam z wiejskich zabaw, kiedy jeździłem na wakacje do ciotki, a remiza była po drugiej stronie drogi. Jeśli chodzi formę tekstów to od początku chodziło mi o to, żeby były proste jak w tych dawnych ludowych utworach. Nie wydumane, nie poetyckie.”
W tym momencie nie mówimy jeszcze o zespole. TRIO jeszcze nawet nie pojawia się na horyzoncie. Początki muzycznego repertuaru spod nazwy Nadwieprzański Blues to granie Krzysztofa solo. Do grania solo nie potrzeba dużo. Repertuar sam się w głowie pojawiał, ale trzeba mieć narzędzie, żeby go zaprezentować. Krzysiek postawił na gitarę, ale: „Zacząłem szukać odpowiedniego brzmienia, zależało mi na starym soundzie, rootsowym. Do tego potrzebna była odpowiednia gitara. Miałem wtedy jakąś, ale to nie było to. Pomyślałem o starych instrumentach. Z jednej strony wiadomo, że każdy na początku chce mieć fajną gitarę, Gibola, albo Fenderka, ale jak zacząłem z tymi bluesami to doszedłem do wniosku, że niekoniecznie muszę mieć fajną gitarę, bylebym sobie ją dobrze zrobił.” O i teraz pojawia się ważny wątek, bo oprócz tego, że Krzysztof jest autorem tekstów i muzyki to także postanowił samemu wyszykować sobie instrument. Zaczął skupować stare gitary na allegro i je odnawiać. Genezą tej działalności było poszukiwanie brzmienia, a skończyło się na niejednej gitarze, która poszła „do ludzi”. Jest to super ciekawa historia (przynajmniej dla mnie 🙂 ), więc poświęcę jej ciut miejsca.
Przypominam, że jesteśmy w 2007 roku. Czasy niedoboru w sklepach się skończyły, nie trzeba sobie strugać gitary samemu, tak jak chociażby gitarzysta Ostoi Gieroja kilkanaście lat wcześniej. 🙂 Krzysztof jednak to pasjonat z pełnym zaangażowaniem. Zaczął remontować instrumenty, bo lubił to robić. Opowiada o tym z przejęciem i opowiadać może długo. Z tego co mówił coś tam podpatrzył u okolicznych lutników, ale generalnie jest samoukiem. Krzysiek: „Przede wszystkim zrozumiałem, że jeśli oddam kilka gitar z epoki do lutnika to nie udźwignę tego finansowo. Pomyślałem, że to nie może być takie trudne. Kupiłem jakieś pilniki, piłę japońską w Lidlu, część narzędzi sobie sam zrobiłem, trochę pożyczałem. Z czasem kupiłem kilka bardziej profesjonalnych sprzętów. Gitary znajdowałem w internecie. Pierwsze wziąłem stare Defile, bo jakoś mi tak pasowało: Nadwieprzański Blues grany na starych, polskich gitarach. Pierwszy koncert zagrałem na Defilach. Później je sprzedałem i pojawiały się inne. Pierwsza moja gitara w życiu to też był Defil kupiony w GSie. Tam gdzie dzisiaj jest Bank Spółdzielczy to kiedyś był sklep typu mydło i powidło. Tam ją trafiłem. Brejdak potem chyba ją zamienił na płytę Testu. 🙂 W Defilach gryfy to były przysłowiowe nogi od stołu, ale to zależało od egzemplarza. Zrywałem z nich podstrunnicę i równałem gryf i dopiero potem podstrunnica i progi. Progów to nabiłem w sumie hurtowe ilości. Jedne z pierwszych, późniejszych występów solo grałem na Framusach. Miałem już dwie, w razie jakby się rozstrajały. Jak się je podrobiło to fajnie brzmiały, blisko tego czego szukałem. Generalnie nazbierało się tych gitar trochę. Były różne Defile, Framusy, Hoyer, Rodebald. Były w różnym stanie, więc zrywałem podstrunnice, szlifowałem gryfy, wstawiałem pręty, wymieniałem mostki, wstawiałem pick upy, montowałem nowe klucze, ściągałem lakier i kładłem nowy. Zależy czego która wymagała. Ciągle pojawiały się nowe, bo odnawianie ich sprawiało mi przyjemność. Sprzedawałem je potem. Jednego Hoyera kupiła ode mnie Moriah Woods. Dokładnie ten egzemplarz, który był na naszych plakatach koncertowych i na stronie tytułowej witryny internetowej.” Krzysztof swoje gitary wystawiał w necie. Na youtube można znaleźć próbki brzmień jakie nagrywał. Nie będę tego tu wrzucał, bo to takie czysto techniczne filmiki, można sobie jednak na nich obejrzeć te odnowione wiosła. Fama po mieście poszła i Krzysztof pomagał także innym z ich instrumentami: „Waldkowi Dziurkowskiemu szlifowałem progi w Ibanezie i Harley Bentonie. Waldek to mój mistrz. Dzięki niemu i Quo Vadis w ogóle zainteresowałem się graniem na gitarze. Robiłem też inne, mniejsze naprawy na zlecenie.”
Temat gitar to temat nomen omen rzeka. Skończę go pytając o ciekawe egzemplarze i o to czy jakieś ciągle ma w swojej kolekcji. Krzysiek: „Ciekawy był ten Hoyer czarny, pudło. Jak ją wyszykowałem to niestety brzmiała jak dla mnie za ciężko, nie bardzo mi pasowała. Mam parę nieskończonych gitar. Defil Carioca chociażby. Takiego samego miałem kiedyś dawno temu. Wyciągnąłem go z liceum, do którego chodziłem, był na złom przeznaczony, drugą taką samą wyciągnąłem z bursy. Obie miały ubytki, więc wtedy z dwóch gitar zrobiłem jedną. Potem sprzedałem go kumplowi, a on na jakimś ognisku ją roztrzaskał, spadła mu jak szedł. Ta obecna czeka na dokończenie, ale jakoś mi nie idzie. Ściągnąłem lakier co było dosyć upierdliwe i leży. W ogóle kupiłem ją, bo myślałem, że będzie niewiele do zrobienia, ale przyszła trzaśnięta. cały gryf musiałem kleić. Niby jest stabilna, ale jakoś straciłem do niej serce żeby dokończyć. Jedną gitarę fajną sobie zrobiłem Framus Parlor. Taki był popękany, nie grał. Postanowiłem więc samemu zrobić do niego dechę. Kupiłem duże deski do krojenia mięsa. Wyheblowałem, skleiłem i mam taką gitarę. Małą. 23,75 cala, skrócona menzura. Wsadziłem jednego humbuckera i jedną gałkę, gryf jest płaski jak do slide’u. Mam kilka takich dziwolągów, leżą w mieszkaniu.” Trzymam kciuki, żeby Krzysztof wrócił do swojej działalności lutniczej. Na próbkach, które wrzucał do internetu gitary przez niego „zrobione” prezentują się i brzmią bardzo dobrze. Widać, że wsadził w nie sporo serca. Ostatnio trochę jakby poniechał tego zajęcia, ale zawsze przecież może wyjąć pilniki z szafy.
Tekstu naprodukowałem w tej opowieści całkiem już sporo, a nie doszedłem póki co do sedna, czyli do muzyki. Spokojnie, już niebawem… Krzysiek uzbroił się w instrumenty i zaczął w końcu grać dla publiczności. „Mój kolega Tomek Krówczyński powiedział: weź się z tym twoim graniem gdzieś pokaż w końcu. Akurat sprzedałem gitarę facetowi z Lublina. Przyjechał, gadamy i on do mnie, że ma knajpę i że grają tam bluesa. Wpadnij, mówi i zagraj. I tak pierwszy raz zagrałem koncert w pubie Grolsch na ul. Weteranów w Lublinie. Pamiętam, że ze stresu aż mi się dziury w palcach porobiły od grania. To był koncert przed Romanem Puchowskim, znanym bluesmanem. Trema mnie zżerała, gitara rozstrajała, ale poszło. W sumie w Grolschu solo grałem kilka razy. Wystąpiłem jeszcze w Havanie, Firlejowym Siole, no i w knajpie na Hanki Sawickiej u znajomej. Tej samej, w której zaczynał Syndrom Beczki. Kiedyś rozmawiałem z Jędrzejem Kubiakiem, takim pasjonatem gitar slide, starych gitar National. Puściłem mu te moje otwory solo. Stwierdził, że to nie jest blues, że to ballada autorska. 🙂 W sumie nie jestem czarny i nie mieszkam na wsi amerykańskiej, więc chyba trochę miał rację, że to nie jest tak do końca blues. 🙂 ” Poniżej w playliście macie zapis z dwóch koncertów Krzysztofa: z tego pierwszego w Lublinie i z Havany. Sprawdźcie czy znalazł brzmienie jakiego szukał. 🙂
Kliknijcie znaczek:
żeby zobaczyć wszystkie piosenki.
Wszystko w tej historii jakoś tak naturalnie wypływa jedno z drugiego. Naturalnym jak się wydaje był krok kolejny w muzykowaniu, czyli kapela. I tutaj na białych koniach wjeżdżają panowie basista Marek Demucha (prywatnie brat Krzysztofa D.) i perkusista Krzysztof Zbiciak. Obaj mają wspólną historię, bo znać ich możecie z wpisu o zespole Ukrainja. Krzysztof Demucha: „Chłopaki chcieli pograć, Marek nawet zgodził się wziąć za bas, chociaż wcześniej na nim nie grał. Najprościej było zrobić trio. Na początek mieliśmy czym się zająć, bo były już moje utwory. U Krzyśka Zbiciaka w salce spotykaliśmy się na próby i przerabialiśmy te moje utwory na zespół. Prób było naprawdę dużo, bo przecież do tamtej pory piosenki były tylko na jedną gitarę i wokal. Trzeba było wymyślić partie perkusji i basu i formę kawałów od nowa zaaranżować. Całość repertuaru ciągle była moja. Razem go jednak przekładaliśmy na 3 instrumenty.” Panowie biorą się do roboty. Wychodzi z tego jeszcze co innego, niż wychodziło Krzyśkowi solo. Od teraz muzyka jest elektryczna. Chyba mniej korzenna, za to nowocześniejsza, ale ciągle elementy ludowości z naszego regionu się pojawiają. To jest chyba ten najciekawszy smaczek w muzyce KRZYSZTOF DEMUCHA TRIO.
Krzysiek napisał sporo utworów. Starczyłoby spokojnie na płytę, lub dwie. Niestety zespół się ich nie doczekał. Myślę, że możemy się zgodzić, że muzyka bluesowa jest niszowa, więc nie dziwi brak oficjalnych wydawnictw. Panowie jednak mieli sprzęt i sami rejestrowali utwory. Poniżej znajdziecie 6 utworów demo, które wrzucili do sieci. Krzysiek: „Nagrywaliśmy bardzo dużo, próby i koncerty. Głównie po to żeby sobie utrwalić i żeby potem mieć porównanie, wyłapywać błędy i niedociągnięcia. Nagrania były na setkę. Nie rejestrowaliśmy śladów, niczego nie dogrywaliśmy później. Mieliśmy mały mikserek i laptopa. Na sprzęcie trochę się zna Krzysiek Z., więc nie mieliśmy z tym problemu. Brzmi jak brzmi, fajne jednak było to, że perkusję mieliśmy elektroniczną, więc nie sprawiała dużych problemów przy nagłośnieniu. Z prób wrzuciliśmy kilka piosenek, które naszym zdaniem wyszły całkiem OK.” Playlistę rozpoczyna piosenka „Wszechdoktor”. Autorem słów do niej jest przyjaciel Krzysztofa Demuchy – Krzysztof Kluczyński. Podobno to był na koncertach taki samograj, zawsze dobrze ludzie na niego reagowali. 🙂
Kliknijcie znaczek:
żeby zobaczyć wszystkie piosenki.
Nadwieprzański Blues to jest całościowa koncepcja Krzysztofa Demuchy. Pisał muzykę i prawie wszystkie teksty. Jako zawodowy grafik stworzył także całą oprawę wizualną zespołu. Strona internetowa, grafiki reklamowe, plakaty. Przykłady plączą się w moim tekście, a więcej zobaczyć można na www.krzysztofdemucha.com. KD: „Zrobiliśmy duży baner z takim drzewem. To drzewo to też nasze lokalne. Jak się jedzie przez Jacek na dolną Łuckę było takie olbrzymie drzewo, zrobiłem zdjęcie i świetnie nam przypasowało. Na koncercie wyglądało jakbyśmy pod nim grali. Na nasz pierwszy koncert jako zespół w Starej Łaźni już go ze sobą mieliśmy. Potem kilka razy w Łaźni udało się zagrać.” Od grafik przeszliśmy do koncertów. KRZYSZTOF DEMUCHA TRIO nie mieli spektakularnych wyjazdów w najdalsze rejony Polski. Zrzućmy to na karb tego, że nie istnieli zbyt długo. bo kilka lat od 2010 roku. Pokręcili się jednak trochę ze swoją muzyką: Lublin, Lubartów, Puławy, Radzyń i inne okolice. 🙂 Krzysiek o koncertach: „W Puławach wystąpiliśmy kilka razy na przeglądzie w klubie Oskar. Jeździliśmy też tam na jamy. Kawał dobrej muzyki był w tym klubie grany. Kock, Końskowola, Piknik Motocyklowy Alwernii, trochę tego się nazbierało. Najlepiej chyba wspominam koncert na moją 50-tkę. Mieszkaliśmy jeszcze wtedy na wsi, więc zorganizowałem koncert na ganku. 🙂 Zjechała się rodzina bliższa i dalsza, znajomi ze wsi i nie tylko. Impreza świetna. Potem się okazało, że chłopy okoliczni otworzyli skrzynkę browara i pod remizą popijali słuchając naszej muzyki. 🙂 Koncerty załatwialiśmy sami. Nigdy jakiegoś menagera się nie dorobiliśmy.”
Okazuje się, że TRIO czasem i tylko przy okazji kilku koncertów przekształcało się w kwartet. Do zespołu dołączali harmonijkarze. Początkowo był to Jarecki, czyli ważna postać w historii Schedy Po Dziadku. Potem kilka razy na harmonijce wystąpił z zespołem Rafał Hałasa. Koncert z nim z lubelskiej Czarnej Owcy wrzucam na końcu tekstu. Wydaje się, że facet po prostu improwizuje swoje partie, ale moim zdaniem harmonijka kompletnie zmieniała oblicze TRIA na bardziej amerykańskie. Krzysztof Demucha: „Jarecki zagrał z nami kilka występów i dobrze razem brzmieliśmy. Jak się wymiksował to pojawił się Rafał. Nie pamiętam do końca w jaki sposób. Chyba ktoś z BBK go nam naraił. Ostatecznie jednak żaden z nich na stałe nie dołączył do nas.” BBK to oczywiście lubelski zespół, w którym na gitarze grał Marek Demucha. Google podpowiada natomiast, że Rafał grał też w kapeli Coś Tak O.
Kilka lat działalności, trochę nagrań, koncertów i jak to bywa z wieloma kapelami – następuje koniec. Krzysztof tak to wspomina: „Zabrakło wytrwałości i zaczęło się to wszystko rozchodzić. Ja zacząłem też trochę głuchnąć. Poza tym chłopaki chcieli spróbować pograć coś innego, więc rozstaliśmy się. Żadnej wojny nie ma, po prostu coś się skończyło. Krzysiek i Marek coś jeszcze potem grali razem, ale dali sobie spokój. Jak graliśmy to wydawało nam się, że ta muzyka jest dość oryginalna, ale tak naprawdę po latach jak jej słucham to jest jeszcze niedopracowana i nieskończona. Jak sam grałem i śpiewałem, to nie grałem rozbudowanych fraz. Kiedy śpiewasz i akompaniujesz to nie masz czasu na skomplikowane partie. Z kapelą jest inaczej. Pewnie partie, które grałeś sam musisz odpuścić, jeszcze inne musi zagrać inny instrument. I tak do końca z mojej strony, czyli gitarzysty nie do końca moje partie były zaaranżowane na zespół. W pewnych miejscach jest z tym dobrze, ale są też dziury. Może przydałaby się druga gitara. Może jeszcze jeden gitarzysta, który miałby pomysł na tę muzykę.” KRZYSZTOF DEMUCHA TRIO stworzył, wydaje mi się, dość ciekawy i oryginalny sposób na bluesa. Kto wie jak potoczyłyby się losy tej muzyki, gdyby panowie przetrwali dłużej. Pomysłodawca kapeli ciągle chyba odczuwa mrowienie w palcach i pod czaszką, bo: „Od czasu do czasu nachodzą mnie pomysły, żeby coś z tym jeszcze zrobić. Spotkałem ostatnio kolegę Marcina Jabłońskiego. Zrobił mi taką lilijkę w czasach gdy występowałem solo. Wpinałem ją w klapę marynarki. Obecnie Marcin, oprócz swoich landartów robi także świetne zdjęcia. Gdy mi je pokazał od razu pomyślałem jakby je tu połączyć z moim graniem. Inny pomysł to zagranie koncertów w miejscowościach przez które Wieprz przepływa. Jest ich trochę. 🙂 Chodzą mi po głowie różne pomysły, tylko trzeba je zrealizować. 🙂 ) Bakcyl muzykowania w Krzysztofie jest głęboko zaszczepiony. Wraca on nie tylko do swojej bluesowej działalności. W 2025 roku zebrał spontanicznie dwóch kolegów i wrócili do zespołu Geszeft. We wpisie o nim zobaczyć możecie ich występ na imprezie KRZYŚKI 2025. Trzymam więc kciuki i rękę na pulsie jeśli chodzi o Nadwieprzański Blues.
Czy usłyszymy jeszcze KRZYSZTOF DEMUCHA TRIO? Jak mawia pewien Zenek: „Czas pokaże”. Dzięki dla Krzyśka za to, że w końcu się udało spotkać. Schodziliśmy się jak klasyczni żuraw i czapla, ale co się odwlecze… 🙂 Zapraszam jeszcze do galerii zdjęć, bo mamy XXI wiek i zespół zdjęć się dorobił. 🙂 Pod spodem znajdziecie też kilka video z występów TRIA w Puławach, Lublinie i Lubartowie. Smacznego! Historię zakończę cytatem ze strony internetowej Krzysztofa, który płynnie wprowadza w nastrój muzyki: „Nadwieprzański Blues to echa dni, kiedy życie było proste, a ludzie byli szczęśliwi, to także frustracja i nadzieja na lepsze czasy, to tu i teraz ubrane w stylistykę bluesa – muzyki ludzi zniewolonych przez system i własne żądze. Ja jestem jednym z nich.”
Kliknijcie znaczek:
żeby zobaczyć wszystkie piosenki.